Warto też odwiedzić naszą księgarnię internetową

Trasa szpital w Kańsku - Marysin - Błędne Bagno
W 1906 r. dzięki staraniom złocienieckiego burmistrza Karola Lentza na wysokim brzegu jeziora Krajowy Zakład Ubezpieczeniowy Pomorze (Landesversicherungsanstalt Pommern) zbudował szpital rehabilitacyjny dla ludności z Pomorza i Meklemburgii. Po przeprowadzeniu parcelacji majątku ziemskiego w Kosobudach szpital ten pozyskał ponadto wspaniałe tereny wokół jeziora. Powstały wtedy urokliwe promenady spacerowe z ławeczkami dla pensjonariuszy.

Szpital rehabilitacyjny nad jeziorem Kańsko
Podczas I wojny światowej w szpitalu leczono rannych żołnierzy. Podobną funkcję obiekt pełnił podczas ostatniej wojny, kiedy zorganizowano tutaj ośrodek rehabilitacyjny dla rannych lotników niemieckich, aż do momentu zdobycia Pomorza przez wojska radzieckie i I Armię Wojska Polskiego.
Na tyłach szpitala w Kańsku znajduje się zbiorowa mogiła, która stanowiła zagadkę dla wielu osób odwiedzających to miejsce. Jak to zwykle bywa, kiedy brak jest wiedzy, pojawiają się legendy. Taki współczesny mit tłumaczący powstanie tej mogiły przekazał Eberhard Jaeckel w artykule „Deutsche von polnischen Hausmeister beerdigt” (Niemcy pochowani przez polskiego dozorcę)[i]. Autor ten, całkiem bezkrytycznie, przytoczył relację anonimowej osoby o wydarzeniach, jakie rzekomo miały miejsce w szpitalu w 1945 r. Przekaz ten miał pochodzić od Polaka, który jeszcze przed zakończeniem wojny był dozorcą w niemieckim szpitalu, a poniższą historię miał opowiedzieć w 1979 r., czyli ponad trzydzieści lat po opisywanych wydarzeniach.
Tragedia, która się nie zdarzyła (29)
Kiedy wiosną 1945 roku zbliżały się do Kańska rosyjskie czołgi, lekarze i siostry zakonne załadowali rannych lotników na wozy sanitarne i odjechali w kierunku zachodnim. Jednak około czterdziestu ciężko rannych pilotów pozostawiono w szpitalu, gdyż nie przeżyliby takiej podróży. Do opieki nad nimi zgłosiła się na ochotnika młoda siostra. Według ustnego przekazu dozorcy pracującego w szpitalu po wojnie ranni żołnierze i siostra zakonna mieli zostać później zastrzeleni i pochowani w tajemniczej mogile. O okolicznościach mordu opowiadano sprzeczne historie. Według jednych, lotników i siostrę zastrzelili nazistowscy uczniowie-uciekinierzy z Ordensburga na jeziorem Krosino (dzisiaj Budowo). Inni opowiadali, że mordu dokonali Rosjanie. Mówiło się też o trzeciej możliwości, jaką było, nie tak rzadkie na ówczesnym Pomorzu, zbiorowe samobójstwo. Polski dozorca samodzielnie miał pochować zabitych w lesie za szpitalem, układając zmarłych w trzech rzędach.
Relacja ta okazała się całkowicie nieprawdziwa, dlatego zaliczyłem ją do współczesnych legend. Podane w niej fakty nie pasują do innych relacji naocznych świadków, między innymi W. Bereutera, który był obecny w mieście jeszcze w maju 1945 r. i spisał wspomnienia w lutym następnego roku. Bereuter tak pisze o sytuacji w szpitalu w maju 1945 r.:
„Szpital rehabilitacyjny nad jeziorem Kańsko był przeznaczony dla starszych osób i mieszkało w nim 100 pacjentów. Siostra Lisbeth, inne siostry i pomocnice czyniły w ofiarny sposób wszystko, by jak najlepiej opiekować się pacjentami w tym ciężkim czasie. Nasz Willi Jaenisch został też tam przyjęty. Jednak wielu z pacjentów wymarło w ciągu lata”[ii].
Dodać należy, że jeszcze w maju 1945 r. w szpitalu nadal pracował obok polskiego także personel niemiecki, w tym siostry zakonne. Nie wyjechał więc, ani też nie został wymordowany. W szpitalu nie było lotników, lecz starsze niedołężne i chore osoby. Siostrę Lisbeth pamiętają dobrze polscy pracownicy z Kańska. Wszyscy Niemcy ostatecznie opuścili szpital w 1947 r. i wyjechali za Odrę.
Podsumowując, należy stwierdzić, że żadna masowa zbrodnia, na szczęście, nie miała miejsca nad pięknym Jeziorem Kańskim, a w grobach pochowani byli zmarli od ran żołnierze i starcy.
Po obejrzeniu wspaniałego budynku szpitala, pojedziemy ścieżką rowerową, prowadzącą wzdłuż brzegu jeziora do położonego na jego południowym skraju folwarku Marysin (Marienau). Osada otoczona jest niemal za wszystkich stron terenami bagnistymi. W okresie międzywojennym osiedlono tam rodzinę tak zwanych optantów, czyli Niemców, którzy opuścili Wielkopolskę po jej włączeniu do odradzającego się państwa polskiego. Ludzie ci optowali za niemieckim obywatelstwem stąd nazywano ich optantami. Polscy robotnicy przymusowi, pracujący w folwarku podczas wojny pamiętają właścicielkę Marienau, która bardzo źle ich traktowała. Dawała w ten sposób wyraz swojej nienawiści do Polaków, przez których w jej mniemaniu musiała opuścić swoje gospodarstwo w Wielkopolsce. Rodzina z Marysina mówiła znakomicie po polsku, ale starannie ukrywała to przed polskimi robotnikami.
Z Marysina jedziemy leśną drogą prowadzącą na północ, która wiedzie najpierw wzdłuż zachodniego brzegu jeziora, a potem u podnóża Wzgórz Winnych (Weinberge) odbija w kierunku północno-zachodnim. Po przebyciu około kilometra docieramy do drogi oznaczonej czarnym szlakiem turystycznym, który poprowadzi nas na północny-wschód w stronę Złocieńca. Po lewej stronie tej drogi rozciąga się bagno zwane kiedyś Mnisim. Pewnie ta nazwa też ma swoją historię, ale dziś nikt już jej nie pamięta.
Nieszczęśliwe Bagno między Kosobudami a Złocieńcem
Półtora kilometra na północ od Mnisiego Bagna po lewej stronie drogi znajduje się Nieszczęśliwe Bagno. Kiedy zbliżymy się do niego na kilkadziesiąt metrów, usłyszymy bardzo głośny koncert kumkających żab.
Z tym miejscem związana jest ostatnia legenda, którą opowiemy jako ostatnią w tym rozdziale.
Nieszczęśliwe Bagno (30)
W pobliżu starej drogi wiodącej ze Złocieńca do Drawska, tuż za miejscowością Kosobudy, położone jest bagno, które mieszkańcy określali Nieszczęśliwym Bagnem. Nazwa ta powstała w czasach, gdy nie było jeszcze szosy i toru kolejowego, a do Złocieńca przez Zieleniec (dziś Rzęśnica) prowadziła trasa pocztowa. Któregoś dnia pędził tą drogą spóźniony i zmęczony pocztylion. Była ciemna listopadowa noc i cała okolica wyglądała nieprzyjaźnie. Nie było wtedy jeszcze żadnego sztucznego oświetlenia. Jedyne źródło światła stanowiła mała pocztowa latarnia przy powozie. Przy tak podłej pogodzie i w listopadową noc trudno było liczyć na księżyc. Pocztylion popędzał wycieńczone konie, kierując się do Złocieńca i stęsknionym wzrokiem wpatrywał się w dal, mając nadzieję dostrzec upragnione światła miasta. Jechał trochę na wyczucie i coraz bardziej narastał w nim niepokój. Na szczęście obawy wkrótce się rozwiały: pocztylion dostrzegł w ciemności pojedyncze światełko. „Nareszcie. To musi być Złocieniec!” – pomyślał. Również konie poczuły chyba zapach ciepłej stajni, bo od razu żwawiej ruszyły do przodu. Woźnica jeszcze raz odetchnął z ulgą: „Wreszcie koniec tych diabelskich ciemności!”. Świsnął batem. Wesoły trzask zmusił konie do galopu prosto w ciemną otchłań bagna. Zdradzieckie światełko znikło, a pocztylion, konie i powóz szybko pogrążyli się w bagiennej głębi. Nikt więcej ich nie zobaczył. Odtąd spóźnieni wędrowcy późną nocą zobaczyć mogą kołyszącą się nad bagnem pocztową latarnię. Słychać też parskanie koni i stukot ich kopyt.

Pocztylion. Eismond, Krajewska 1885 r.
Nieszczęsnego pocztyliona wywiodły w pole tak zwane irrliszty zwane po polsku błędnymi ognikami, które spotykać będziemy jeszcze w naszych wędrówkach po Pojezierzu Drawskim.
Warto też odwiedzić naszą księgarnię internetową
[i] E. Jaeckel, Deutsche von polnischen Hausmeister beerdigt, w: „Die Pommersche Zeitung“, 25. 03. 2000 r.
[ii] W. Bereuter, Bericht über Falkenburg/Pommern, Falkensee bei Berlin 04.02.1946 r.