Historia Pojezierza Drawskiego
Szlaki, tajemnice, ciekawostki, legendy
Start
Wędrówki
Rozmaitości
Miejscowości
Pocztówki
Archiwalia
Prezentacje
Blog regionalisty
Księga gości
Kontakt, Informacja
Stawno - Radomyśl
Sikory Komorze - cz I
Sokory Komorze - cz II
Bobrowo - Lisi Dom
Wierzchowski Młyn ...
Majówka 2010 - II część
Baraki koło Ordensburga Krosino
Majówka 2010 - III część
Majówka 2010 - IV cześć
Siemczyno - Głęboczek
Rzepowo - Piaseczno
Złocieniec - Kańsko
Kańsko-Nieszczęśliwe Bagno
Wierzchowo - Wąsosz
Leśne opowieści
W drodze do Gronowa
Gronowskie opowieści
Nad dawną granicą
Między Starym i Nowym Worowem
Wędrówka w czasie ...
1. Pamiątki I wojny św.
2. Paniątki I wojny św.
Legendy na szlakach...
W drodze do Gronowa

W drodze do Gronowa


 Warto też odwiedzić naszą księgarnię internetową


Droga ze Złocieńca do Gronowa zaznaczona przerywaną linią. Taką samą linią zaznaczoną boczną wycieczkę do cmentarzyska kurhanowego.


 


Pogoda w styczniu 2010 r. zdawała się zaprzeczać dość powszechnemu przekonaniu o ocieplającym się klimacie. Od wielu dni trzymał siarczysty mróz, a zaskakująco gruba warstwa śniegu pokryła całą Polskę. Spacerując wałem przeciwpowodziowym nad Wisłą, zafascynowany wpatrywałem się w korpny drzew, których każda gałązka pokryta była śnieżnobiałym szronem. Rzeka była przepięknie upstrzona kawałami kry, które powoli zamieniały się w jednolitą białą taflę. Stada łabędzi, nurogęsi, krzyżówek, czernic, gągołów i kormoranów buszowały w pobliżu ciepłych ścieków wpadających do królowej polskich rzek. Nieco w oddali na dużej lodowej tafli naliczyłem aż jedenaście orłów bielików, które dostojnie spożywały łabędzią padlinę. Kiedy wróciłem z tej baśniowej krainy do ciepłego pokoju na moim tarchomińskim osiedlu, odpaliłem laptopa i spostrzegłem nową wiadomość w skrzynce pocztowej. Nadawcą była pani Waldtraut Treilles nauczycielka z tropikalnej wyspy Reunion w pobliżu Madagaskaru, autorka kilku książek, a w latach trzydziestych dwudziestego wieku Fraeulein Waldtraut Helena von Knebel-Doeberitz, ukochana córka właściciela wielkiego majątku ziemskiego Bobrowo-Gronowo i mieszkanka gronowskiego pałacu. Minęło zaledwie kilka zimowych dni i już zagłębiony w fotelu połykałem wspomnienia panny Waldtraut z dawnego Pomorza, opisane w książce „Życie jest kameleonem”, którą udało mi się zakupić w niemieckiej księgarni internetowej. Fascynujące opowieści Waldtraut Treilles pełne są ciekawostek dotyczących okolic Gronowa. Lektura tej książki i nastrojowa pogoda za oknami skłoniły mnie do powrotu do wypraw na magiczne Pojezierze Drawskie. Pierwszą z nich odbędę właśnie w okolice Gronowa, które dawniej nazywało się Gross Gruenow.

W Złocieńcu udamy się najpierw na dość długą ulicę Gronowską, po której zachodniej stronie rozciąga się osiedle dość skromnych przedwojennych domków jednorodzinnych. Ta dzielnica nazywana było niegdyś Burgsiedlung, czyli Osiedle Zamkowe. Nazwa ta miała związek z faktem, że w latach trzydziestych wzniesione je dla kilkuset robotników pracujących przy budowie Ordensburga (dosłowne tłumaczenie Zamek Zakonny) nad Krosinem (dziś Budów lub popularnie Budowo). Osiedle miało niegdyś własną pocztę, administrację i przedszkole, a do Ordensburga kursował codziennie autobus. W literaturze wspomnieniowej określane było niekiedy jako osiedle partyjne, gdyż Ordensburg był wielkim ośrodkiem kształcenia młodych kadr nazistowskiej partii NSDAP. Wytyczonu tam kilka ulic, których nazwy nawiązywały do początków „zwycięskiego marszu” faszystowskich Niemiec. Osoby interesujące się historią z pewnością wiedzą, że na mocy traktatu w Monachium 27 września 1938 r. pod naciskiem Hitlera mocarstwa europejskie skłoniły ówczesną Czechosłowację do poważnych ustępstw terytorialnych na rzecz Niemiec. III Rzesza zagarnęła wtedy terytorium Sudetów, w obrębie którego znajdował się kraj o niemieckiej nazwie Eger (po czesku Cheb). Na część tego hitlerowskiego triumfu nazwom ulic na Osiedlu Zamkowym nadano następujące brzmienie: Egerstrasse (dziś Jasna) i Sudetenplatz (dziś Plac Walki Młodych). Pozostałe dwie dawne nazwy ulic tego osiedla upamiętniały inną aneksję. 12 marca 1938 r. do Austrii wkroczyły wojska hitlerowskie i włączyły to państwo do III Rzeszy jako tak zwaną Marchię Wschodnią (Ostmark). Nazwa ta zastąpiła niewygodne miano Austria. Dzisiejsza ulica Boczna nazywała się właśnie dlatego Ulicą Marchii Wschodniej/Ostmarkstrasse, a ulica Równa - Linzstrasse. Ta druga nazwa pochodziła od austriackiego miasta Linz, w którym wybuchły w 1934 r. tak zwane Walki Lutowe. W wyniku tej małej wojny domowej autorytarny rząd Austrii rozbił bojówki partii socjaldemokratycznej. Być może nazwa ulicy nawiązywała nie tylko do „Anschlussu” Austrii lecz również do tych wydarzeń.

 

Osiedle Gronowskie/Burgsiedlung – stan obecny

 

Po minięciu Osiedla Gronowskiego wchodzimy w piękny las, który będzie nam towarzyszył, niemal do samego Gronowa. Jak się okazuje bór ten jest pełen zagadkowych miejsc. Historycznie składał się z trzech kompleksów leśnych. Południowa część lasu, ciągnąca się aż do jeziorka Dziewiczego (Jugfernsee, j. Młode) i otulająca jezioro Piaski (Pierwsze, dawniej Sandkutz See), należała do miasta Złocieniec (dawniej Falkenburg) i nosiła nazwę Siecińskiego Piaskowiska (Zetziner Sandung). Las ten został posadzony na piaszczystym terenie w dziewiętnastym wieku staraniem złocienieckiego burmistrza. Być może dlatego stykające się z nim piękne jezioro Perełka (Leśniówek) nosiło do 1945 r. nazwę Jeziora Burmistrza (Buergermeister See). Na wschód od szosy rozciągał się potężny kompleks leśny należący do wielkiego majątku ziemskiego rodziny von Knebel-Doeberitz z Darskowa. Nosił on nazwę Friedrichdorfer Forst czyli Darskowski Bór. Natomiast na północ od jezior Perełka i Kleszczno znajdowała się trzeci kompleks leśny, którego historyczna nazwa brzmiała Hakenort, a dzisiejsza: Orli Las.   

Lasy na północny wschód od Złocieńca od wieków owiane były mgiełką licznych tajemnic. Opowiadano o nich wiele legend, a mieszkańcy okolic obawiali się zapuszczać tam po zmroku, gdyż między drzewami kryły się złowrogie zjawy o nadprzyrodzonej mocy. Popularnym motywem pomorskich legend była zdolność niektórych ludzi do widzenia duchów i nieziemskich zjawisk w sylwestrową noc. Opowieść o niesamowitych wydarzeniach, które rozegrały się na leśnej drodze ze Złocieńca do Gronowa zawarł w swoim zbiorku legend „Volkssagen. Erzählungen und Schwänke aus dem Kreise Dramburg” prof. Otto Knopp. Nieco rozbudowaną wersję tej legendy przedstawiam poniżej.

Jasnowidz sylwestrową nocą (1)[i]  

Działo się to przez wieloma laty w śnieżną sylwestrową noc. Pewien kołodziej z Gronowa zaprosił do siebie do domu młodego ucznia krawieckiego ze Złocieńca, chcąc, żeby ten sympatyczny i pracowity chłopiec poznał jego córkę. Mężczyźni zabawili jednak zbyt długo w złocienieckich karczmach i wyruszyli w drogę dość późno. Na szczęście niebo było pogodne i światło księżyca odbijało się od grubej pokrywy śnieżnej. Można było maszerować leśną drogą bez obawy zabłądzenia, a z opowieści o duchach pojawiających się tutaj nocą kołodziej nic sobie nie robił. Wiele w życiu przeżył, służył niegdyś w pruskim wojsku i ku chwale swego władcy walczył w różnych odległych krainach, będąc świadkiem wielu strasznych rzeczy. Dlatego wiedział, że obawiać się należy tylko jednej istoty: złego człowieka. Mężczyźni ruszyli dziarsko zagłębiając się szubko w pogrążony w ciemnościach las. Po kilkuset metrach kołodziej zauważył dziwne zachowanie swojego młodego towarzysza. Jego twarz wykrzywiał grymas przerażenia. Pomimo mrozu po czole i policzkach chłopaka płynęły strugi potu. Uczeń krawiecki zrywał się też ciągle do panicznej ucieczki lub schodził z drogi zataczając szeroki łuk przez las. Po chwili w przestrachu upadł na ziemię, jęcząc żałośnie. Kołodziej podnosił przyjaciela, zatrzymywał, sądząc najpierw, że chłopak wypił za dużo piwa. Jednak jego zachowanie w niczym nie przypominało pijackich wybryków, a marsz w takich warunkach stawał się nie do zniesienia. Kołodziej osadził chłopaka w miejscu i zagroził, że natychmiast zawróci do miasta, jeśli ten nie wyjaśni, co się z nim dzieje. Odpowiedź krawca była zaskakująca: „Czy ty nie widzisz tych wszystkich leżących przy drodze dzikich zwierząt: lwów, niedźwiedzi, tygrysów i wszelkich innych możliwych bestii? Muszę je ciągle omijać. Zobacz tam znowu leży jeden, z pyska zwisa mu krwawy jęzor, a dzikie ślepia wybałusza na nas.” To mówiąc chłopiec ponownie rzucił się na ziemię. Kołodziej, myśląc że chłopak bredzi, próbował go na wszystkie sposoby uspokoić, jednak nie przynosiło to żadnego skutku. Dopiero kiedy nadeszła północ chłopiec się uspokoił, lecz zupełnie opuściły siły i kołodziej musiał go nieść do samego Gronowa.

 

Obraz Wojciecha Weissa Strachy

 

Następnego dnia zaintrygowany dziwnym zdarzeniem kołodziej opowiedział je starej kobiecie z Gronowa. Nie była zaskoczona, wyjaśniając, że uczeń krawiecki musiał urodzić się między 23.00 a 24.00 w noc sylwestrową. Według staruszki tacy ludzie mogą o tej porze widywać rzeczy, które są ukryte przed wzrokiem zwykłego śmiertelnika, dlatego nazywa się ich jasnowidzami. Opowieść kobiety potwierdził wkrótce ojciec chłopca, który opowiedział podobne zdarzenie jakie miało miejsce przed laty w noc sylwestrową na drodze z Gronowa do Dołgiego. Ojciec musiał wtedy nieść syna przez całą tę drogę, gdyż chłopiec widział wokół liczne postacie duchów.

Teraz kiedy już wiemy, że otaczający drogę do Gronowa las pełen jest dziwacznych stworów, których na szczęście jako zwykli śmiertelnicy nie możemy dostrzec, udamy się w dalszą drogę.

Szosa do Gronowa została wybudowana dopiero w latach 1926-1927 i była pierwotnie jedynie wybrukowana. Asfalt pojawił się dopiero po II wojnie światowej. Wybrukowanie tego ośmiokilometrowego odcinka nie byłoby możliwe bez udziału właściciela majątku ziemskiego w Gronowie, który dostarczył kamienie w ilości potrzebnej dla budowy połowy tej drogi. Hasso von Knebel-Doeberitz, bo tak nazywał się ten gronowski junkier, napisał w swoich wspomnieniach, że dopiero po wybudowaniu tej drogi opłacalna stała się masowa uprawa ziemniaków w Gronowie[ii]. Dość słaba gleba i pomorskie warunki klimatyczne były idealne dla uprawy ziemniaków. Wybrukowanie dotychczas piaszczystej drogi umożliwiło transport produktów rolnych i wtedy ruszyła pełną parą uprawa ziemniaków. Wspomnijmy jeszcze, że w Drawsku Pomorskim działała placówka Pomorskiego Towarzystwa Uprawy, która na swoim koncie miała wyhodowanie cenionych odmian ziemniaków: Erdgold, Flava, Sickingen, Sabina, Merkur i inne.   

 

Kilkadziesiąt metrów przed mostkiem na strumieniu Parpla w lewo prowadzi leśna droga. Znajduje się tam drogowskaz „Do punktu czerpania wody”. Dojdziemy tędy nad brzegi jeziora Dziewiczego (niem. Junfernsee). Nad jego południowo-wschodnim skraju łatwo można dostrzec ślady dawnej osady ludzkiej. To dawny folwark Luisenau, która należał do posiadłości ziemskiej w Darskowie. Nazwa pochodziła od wywodzącej się z książęcego rodu Luizy von Knebel-Doeberitz z domu von Knobelsdorff, która przez długie lata mieszkała w pałacu Darskowie[iii]. Była to kobieta o szerokich horyzontach i bogatych artystycznych zainteresowaniach. To ona ufundowała piękną rodzinną kaplicę na darskowskim cmentarzu, gdzie po swej śmierci spoczęła w 1900 r. obok męża Rudolfa von Knebel-Doeberitz. Temu ostatniemu poświęcono z kolei nazwę leśniczówki Wzgórze Rudolfa, której ruiny odnaleźć można w lesie, ok. 2 km na północny zachód od jeziora Dziewiczego. Rodzina von Knebel-Doeberitz z Darskowa była blisko spokrewniona z właścicielami Gronowa (również von Knebel-Doeberitz), lecz te majątki stanowiły odrębne przedsiębiorstwa. Gronowo stanowiło jeden organizm gospodarczy wraz majątkiem w Bobrowie. Dziś o Luizie i Rudolfie prawie nikt nie pamięta, a osady nazwane ich imionami zostały dawno zrównane z ziemią. Zdewastowano też w barbarzyński sposób kaplicę w Darskowie, o czym jeszcze opowiem dokładniej w innym rozdziale. Nazywanie folwarków, młynów i owczarni imionami członków rodziny było przyjętą praktyką w familii von Knebel-Doeberitz. W taki sposób powstały min. nazwy: Rosenhoech (dziś Słowianki) od Rosalie von Griesheim (córka Ludwika von Knebel-Doeberitz), Antoniehof (Dwór Antoniny, dziś nie istnieje) od Antonie von Mellethin (córka Ludwika von Knebel-Doeberitz, właścicielka zamku w Złocieńcu), leśniczówka Ludwigsberg (Góra Ludwika, dziś nie istnieje) od tegoż Ludwika i Albertinenhof (Dwór Albertyny, dziś nie istnieje) od Albertyny von Borcke, żony ostatniego złocienieckiego Borka (w niniejszej książce używam zamiennie nazwiska von Borcke, jak też spolszczonej nazwy tego rodu: Borkowie) i właścicielki zamku w Złocieńcu. Dawny Luisenau był zaznaczany na niektórych powojennych mapach topograficznych, gdzie przypisywano mu polską nazwę Bytyń.

Jednak miejsce nad jeziorem Dziewiczym ożywia wyobraźnię wielu mieszkańców Złocieńca z innych powodów. Sprawa została poruszona nawet w artykule „Jest taki krzyż pod Złocieńcem” w Tygodniku Pojezierza Drawskiego[iv]. Otóż w pobliżu ruin dawnego gospodarstwa rośnie szpaler drzew, które posadzone zostały na planie krzyża. Fakt ten wzbudza żywe zainteresowanie i różnorodne interpretacje pomieszane z autentycznymi wspomnieniami starszych, nieżyjących już mieszkańców Złocieńca.    

Krzyż w miejscu obozu niewolniczej pracy (2)

We wspomnianym artykule przytoczono wypowiedź Zbigniewa Rogalińskiego, którego zdaniem w tym miejscu miał być obóz niewolniczej pracy, gdzie pracować mieli więźniowie – jeńcy z całej Europy, w tym Polacy. To oni właśnie mieli posadzić drzewa na planie krzyża, żeby upamiętnić swoją niedolę. Podobną historię słyszałem z ust mieszkańców ulicy Gronowskiej w Złocieńcu. Zbigniew Rogaliński powołał się na opowieść spotkanego przypadkiem starszego mężczyzny, który twierdził z kolei, że był tam obóz przejściowy dla Polaków wywożonych dalej w głąb III Rzeszy na roboty przymusowe. Według tej nieco odmiennej wersji krzyż posadzić mieli właśnie ci polscy robotnicy przymusowi. 

 

Jezioro Dziewicze (niem: Jungfernsee). Fot. J. Leszczełowski

 

Jak widać w artykule zawarto dwie nieco różniące się wersje opowieści o obozie pracy przymusowej i obozie przejściowym. Ta druga wersja jest zresztą mało prawdopodna i nielogiczna. Dlaczego w tym miejscu miałby być obóz przejściowy? Przecież właśnie w tam potrzebne były ręce do pracy przy budowie autostrady Berlin-Królewiec. Robotnicy przymusowi i jeńcy wojenni potrzebni byli też w pobliskich majątkach ziemskich w Gronowie i Darskowie. Obok Polaków i Rosjan pracowali tam między innymi Francuzi. Podobne historie o krzyżu nad jeziorem można usłyszeć, rozmawiając z mieszkańcami ulicy Gronowskiej. Wszystkie te opowieści łączy motyw obozu pracy przymusowej i krzyża posadzonego przez jeńców lub robotników przymusowych.

Pamiętać należy, że osada Luisenau leżała w niewielkim oddaleniu od długiej linii budowy autostrady Berlin – Królewiec, wzdłuż której Niemcy zorganizowali pasmo obozów pracy tzw. Reichsautobahnlager w skrócie RAB-Lager. Wytyczając tę linię komunikacyjną władze hitlerowskich Niemiec przejmowały od właścicieli majątków szeroki pas ziem i lasów. Podobnie działo się z terenami przeznaczonymi pod obozy pracy. Wydaje się, że leżący na zapleczu wielkiej budowy folwarczek nad jeziorem Dziewiczym był idealnym miejscem na zorganizowanie RAB-Lager. Według informacji zawartych na stronie internetowej www.berlinka.pcp.pl autorstwa Bartosza Bajków (strona w całości poświęcona budowie autostrady Berlin – Królewiec) w interesującej nas okolicy znajdowały się dwa RAB-Lagery: w Cieszynie i w Darskowie. Ten drugi miał obejmować aż siedem baraków. Nieco precyzyjniejsze informacje znajdziemy w książce „Dzieje Ziemi Drawskiej” wydanej w 1972 r. pod redakcją Tomasza Gasztołda. Wymieniono tam aż 4 obozy RAB-Lagery:

RAB-Lager Darskowo (Friedrichsdorf), 280 polskich robotników,

RAB-Lager Czarnówek I (Schwarzsee I), 288 polskich robotników,

RAB-Lager Czarnówek II (Schwarzsee II), 218 polskich robotników,

RAB-Lager Cieszyno (Teschendorf), 216 polskich robotników[v].

Bardzo możliwe, że jeden z obozów nazywanych Schwarzsee lub część obozu w Darskowie była położona w interesującym nas miejscu. Prawdopodobnie pamięć o obozie nad jeziorem Dziewiczym zachowała się we wspomnieniach polskich robotników przymusowych osiadłych po wojnie w Złocieńcu. Ze względu na brak relacji z pierwszej ręki i dokumentacji źródłowej musimy jednak pozostać w sferze domysłów.

W książce „Złocieniec – zarys dziejów” autorstwa T. Gasztołda i J. Lindmajera zawarta jest bardzo interesująca relacja Józefa Budziszewskiego, który pracował w jednym z RAB-Lagerów koło Złocieńca. Niestety, zawsze kiedy korzystam z tej publikacji wstrząsają mną sprzeczne uczucia. Z jednej strony autorzy zebrali ciekawy materiał, z drugiej strony publikacja nosi wyraźne piętno czasów, w których została napisana (1983 r.). Obawiam się, że relacje świadków mogły podlegać niedozwolonym manipulacjom, tak jak zawarta w tej książce wypowiedź Ireny Adamczewskiej, która mówiąc o sobie i Katarzynie Kononowicz, miałaby stwierdzić, opisując swoje życie w mieście przed 1945 r.: „Nasza sytuacja była szczególnie trudna, gdyż posługiwaliśmy się językiem polskim”[vi]. Tymczasem obie panie były Niemkami i polskiego języka nauczyły się dopiero po wojnie, gdyż wyszły za mąż za Polaków i zostały w Złocieńcu po wypędzeniu Niemców. Mam nadzieję, że relacja Józefa Budziszewskiego nie doznała takich „udoskonaleń”.

Józef Budziszewski przebywał od września 1939 r. w obozie jenieckim w Stargardzie Szczecińskim, skąd w wiosną 1940 r. został przeniesiony do pracy na budowie autostrady w Złocieńcu. Zamieszkał z innymi robotnikami w barakach nad jeziorem Krosino, które według niego uprzednio zajmowali żydowscy robotnicy. Warunki były ekstremalnie ciężkie i wiele osób umierało z wycieńczenia[vii]. Z powyższej relacji wynika, że w okolicach Złocieńca istniał jeszcze jeden RAB-Lager w Ordensburgu nad Krosinem.

Miejsce z tajemniczym krzyżem odwiedziłem ostatnio w śnieżnych marcowych dniach 2010 r. Krzyż jest nadal dobrze widoczny. Tworzą go dwa podwójne rzędy świerków. W centrum krzyża znajduje się coś w rodzaju kopca wyłożonego dość dużymi kamieniami. Krzyż wpisany jest w prostokąt który tworzą pojedyncze rzędy świerków.  

Dodajmy jeszcze, że niemieccy inżynierowie budujący autostradę mieszkali przez pewien czas w pałacu w Gronowie, gdzie z przekonaniem opowiadali, że autostrada połączy Niemcy z podbitą częścią Rosji[viii].     

Powróćmy do opowieści o tajemniczym krzyżu na terenie dawnego folwarku Luisenau. Znacznie mniej wiarygodna jest, moim zdaniem, ta część ustnych przekazów mówiąca o drzewach posadzonych przez jeńców na planie krzyża. Naziści przez wiele lat toczyli walkę z kościołem chrześcijańskim i nie wierzę, by pozwolili pozbawionym wszelkich praw robotnikom przymusowym lub jeńcom wojennym na tak śmiałą demonstrację swojej wiary. Drzewa posadzili prawdopodobnie Niemcy mieszkający w Luisenau i niekoniecznie ich układ ma jakieś znaczenie poza walorami estetycznymi.

Powracamy teraz na szosę prowadzącą do Gronowa. Jadąc na północny zachód miniemy najpierw przepust, przez który przepływa strumień Parpla, będący dopływem Kokny. Przed wojną ten strumień nosił, aż trzy nazwy: dolny odcinek nazywano Parpel, natomiast górny leżący powyżej Darskowskiego Młyna (dziś pozostały po nim jedynie ruiny) nazywany był Strumieniem Młyńskim lub Gronowskim. Strumień ma swoje źródła w wyschniętym dziś jeziorze Parpelskim (Parpelsee). Za przepustem po prawej stronie szosy pracował niegdyś tartak należący do majątku w Gronowie. To kolejny obiekt, po którym pozostały jedynie ledwie widoczne fundamenty.

Kilkaset metrów dalej położone jest skrzyżowanie z szeroką utwardzoną drogą leśną. Po lewej stronie znajduje się leśny parking ze stolikiem i ławeczkami, jest tam też tablica informacyjna z mapą okolicy, niestety niezbyt dokładną. My skręcimy jednak w prawo w stronę dawnej leśniczówki Drzeńsko (niem. Dranzig). Drzeńsko to spolszczona nazwa tej leśniczówki używana od drugiej połowy lat czterdziestych XX w. Dziś nazwę tę przenosi się na osadę położoną nad jeziorem Kąpka, co powoduje dość znaczne zamieszanie. Kiedyś czytałem wspomnienia jednego z niemieckich mieszkańców tych okolic, który opowiadał, że każdego wieczora do studni, stojącej na podwórzu leśniczówki Drzeńsko, podchodziły spragnione stada jeleni. Cóż to był za widok.

Naszym celem nie będą jednak ruiny Drzeńska, lecz fascynujące ludzkie siedlisko pochodzące z pierwszych wieków naszej ery. Po 2 kilometrach jazdy lub marszu dotrzemy do rozwidlenia dróg leśnych. Teraz wybieramy drogę prowadzącą w lewo na północny wschód. Droga wiodąca na wprost doprowadziłaby nas do szosy Złocieniec – Połczyn. Jesteśmy teraz w lesie, który historycznie nazywany był Hakenort, a po wojnie nadano mu nazwę Orlego Lasu.

Po ok. 1,5 kilometra docieramy do bardzo ciekawego miejsca, gdyż drogę leśną przecina pas dawnej budowy autostrady Berlin – Królewiec. Wokół widzimy liczne regularne nasypy będące efektem szeroko zakrojonych prac ziemnych. Po lewej stronie w wyniku wycinki lasu powstała obszerna polana. Natomiast z prawej strony w kierunku południowo zachodnim prowadzi leśna droga, która biegnie głównym nasypem planowanej autostrady. Wbrew pozorom droga ta nie powstała w czasach budowania autostrady, lecz jest ona znacznie starsza. Biegnie południowym skrajem Drzeńskich Bagien (Dranziger Bruch) i do 1945 r. na mapach topograficznych nazywana była Drogą Garncarską (niem. Toepfer Weg). Nazwę tę nadali jej mieszkańcy okolic, gdyż na położonym w pobliżu drogi cmentarzysku kurhanowym odnajdywali skorupy glinianych garnków. Inna nazwa używana przez mieszkańców dotyczyła całego cmentarzyska, które jest kolejnym celem naszej wyprawy. Mówiono o „Poetterkaveln” lub „Poetterfichten” od słów: „Poette”- lepiona ceramika, „Fichten” – las świerkowy i „Kaveln” - bór[ix]. I w tym wypadku o powstaniu tych nazw zdecydowały odkrywane tutaj kawałki starożytnej ceramiki. Wspomnieć należy jeszcze inne popularne nazwy: Huegelgraben (Groby Kurhanowe) lub Hunengraben (Groby Hunów).

Po kilkuset metrach Droga Garncarska odbija na północny zachód od autostrady. Zaledwie kilkadziesiąt metrów od tego miejsca dostrzeżemy pierwsze kurhany. Trzeba patrzeć uważnie, żeby na początku cmentarzyska nie wziąć nasypów wykonanych przez budowniczych autostrady za starogermańskie kurhany. Droga Garncarska stanowi oś cmentarzyska obejmującego 30 kurhanów. Mają one około 2 metrów wysokości i przeciętnie kilkanaście metrów średnicy. Na ich wierzchołkach widać wyraźnie ślady po archeologicznych wykopach.  

 

Jeden z gronowskich kurhanów. Fot. J. Leszczełowski

 

To cmentarzysko powstało w pierwszym wieku naszej ery i należy do tak zwanej kultury wielbarskiej, którą dziś większość naukowców utożsamia z germańskimi Gotami. O dziejach tego germańskiego ludu opowiadałem już w pierwszym tomie opowieści o magicznych szlakach Pojezierza Drawskiego, przy okazji opisu kamiennych kręgów w pobliżu Żabinka. Etniczna przynależność ludzi, którzy zostawili po sobie ślady na Pomorzu w początkowych wiekach naszej ery była niegdyś przedmiotem ostrych polsko-niemieckich sporów, wpisujących się w polityczną debatę dotyczącą praw do tych ziem. Tam gdzie pojawiają się polityczne tezy, których obrona ma być miernikiem patriotyzmu naukowca, tam nie ma miejsca na trzeźwą ocenę i obiektywizm. Przez dziesiątki lat próbowano przenosić w zamierzchłą przeszłość współczesne nacjonalistyczne konflikty, przeciwstawiając starogermanów prasłowianom. Dziś emocje na szczęście opadły i można spokojnie zająć się interesującą zawartością gronowskiego cmentarzyska. Przypomnijmy jedynie, że w pierwszych wiekach naszej ery na terenie Pojezierza Drawskiego i całego Pomorza przebywały plemiona starogermańskie, które po około dwustu latach opuściły te tereny i wyruszyły w ramach tzw. wędrówki ludów w inne rejony Europy. Słowianie przybyli na Pomorze później w VI lub VII w. n. e.     

Czas, w którym na Pomorzu bytowała ludność kultury wielbarskiej nazywany jest okresem wpływów rzymskich, gdyż plemiona gockie znajdowały się wtedy pod silnym wpływem cywilizacyjnych osiągnięć Cesarstwa Rzymskiego. W ich grobowcach odnajdywano więc przedmioty importowane z cesarstwa (tzw. importy rzymskie). Tak też było w kurhanowych grobowcach nad Bagnem Drzeńskim.

 

  

Po lewej: grób szkieletowy z Bagicza koło Koszalina. W podobny sposób chowano zmarłych na gronowskim cmentarzysku jednak ze względu na niekorzystne warunki kłody i większość kości uległa rozkładowi. Po prawej: ostrogi znalezione w 1882 r. w kurhanach w Gronowie przez pastora Plato ze Złocieńca

 

Skąd wzięła się nazwa grobowiec kurhanowy? Otóż w przeciwieństwie do wcześniejszych mieszkańców Pomorza ludność kultury wielbarskiej oprócz ciałopalenia dokonywała pochówków nowego typu zwanych szkieletowymi, tzn. że zwłoki zmarłego nie były palone przed pogrzebaniem. Chowano je natomiast w pewnego rodzaju komorach obudowanych kamieniami lub drewnem. Nad taką komorą usypywano rodzaj kurhanu, skąd wzięła się nazwa cmentarzyska.

Na Gronowskim cmentarzysku ciała umieszczano w wydrążonych drewnianych kłodach o długości sięgającej trzech metrów. Większa długość tych kłód pozwalała wkładać do grobu liczne dary na pośmiertną drogę. Były to naczynia z brązu wypełnione jadłem, ubite dzikie zwierzęta i ptactwo. Wnętrza kłód były wypalane, drążone i wygładzane. Moszczono je prawdopodobnie skórą bydlęcą lub kożuchem owczym[x]. Rygorystycznie przestrzegany zwyczaj Gotów zabraniał umieszczania w grobowcach broni i innych większych przedmiotów z żelaza. Zamiast tego znajdowano tam liczne naczynia, szczątki ubrania i biżuterię. Bogate wyposażenie takich grobowców kurhanowych spowodowało, że niektórzy nazywają je również grobami „książęcymi”. Na gronowskim cmentarzysku polscy i niemieccy archeologowie odnajdywali liczne ostrogi oraz przedmioty ze srebra i złota, co wskazuje, że grobowce kurhanowe mogły być przeznaczone jedynie dla wyższej warstwy społecznej Gotów, dla rodzin jeźdźców-wojowników. Zimą 1939/1940, podczas budowy autostrady we wschodniej części cmentarzyska odkryto również płaskie groby jamowe[xi] o znacznie skromniejszym wyposażeniu. Nie odkryto tam ostróg. Na płaski grób szkieletowy z importami rzymskimi natrafiono też w 1926 r. podczas budowy szosy Złocieniec – Gronowo[xii].

 

  

Po lewej: jedna ze srebrnych bransolet znaleziona w Gronowskim kurhanie przez polskich archeologów. Po prawej: naczynia z brązu i gliny odnalezione na podczas budowy szosy w tym talerze z pieczęciami rzymskich warsztatów.   

 

Pierwszym, który przeprowadził w tym miejscu dość szeroko zakrojone badania był archeolog-amator ze Złocieńca, pastor Plato. To ten sam, który zbadał również Górę Szubieniczną koło Budowa i uczestniczył w badaniu cmentarzyska urnowego na Górze Rakowskiej w Złocieńcu. Plato wynajął kilku robotników i pięknego czerwcowego dnia 1881 r. rozpoczął prace wykopaliskowe. W latach 1881 – 1890 Plato zbadał aż dziewięć kurhanów, opisując wyniki w czasopismach popularno-naukowych. Jeden z badanych przez niego kurhanów był zwieńczony głazem, a pod innym odsłonięto zwarty kamienny bruk. Obok pochówków szkieletowych odnaleziono też groby ciałopalne. Ten zwyczaj stosowania pochówków dwojakiego rodzaju naukowcy nazywają birytualizmem. Według pastora Plato nad Drzeńskim Bagnem występują cztery typy kurhanów: ziemne, ziemne z kamiennym obwarowaniem grobu, ziemne z wybrukowaną podstawą i ziemne z kamiennym jądrem otoczonym pierścieniem 16 głazów[xiii].  

Plato oddał do muzeów w Berlinie i Szczecinie wiele znalezisk, między innymi kilka par ostróg, sprzączki do pasa, srebrne zapinki, złoty wisior kulisty i złoty pierścień.

Jak wspomniałem już powyżej do kolejnych odkryć doszło w 1926 r. podczas budowy szosy. Na płaski grób szkieletowy, bardzo bogato wyposażony natrafili robotnicy drogowi, którzy rozdzielili między siebie jego interesującą zawartość. Grobowiec ten był oddalony od cmentarzyska kurhanowego. Opis znaleziska został sporządzony później przez społecznego opiekuna zabytków archeologicznych dr. Fausta z Drawska Pomorskiego oraz właściciela majątku ziemskiego Hassona von Knebel-Doeberitza, który odkupił od robotników pewną część zagarniętych zabytków. Do najciekawszych znalezisk należały brązowe naczynia: dzban z uszami i cedzidło. Uszy dzbana były ozdobione motywem przedstawiający rzymskiego bożka pasterskiego – fauna, który grał na flecie. Innym fascynującym znaleziskiem były dwa gliniane talerze z ornamentem i pieczęcią warsztatów garncarskich COOCUS i PETRULLUS z Nadrenii czyli ówczesnej Galii[xiv].

W 1940 r. odkryto dość skromnie wyposażone cztery płaskie groby ciałopalne. Tym razem odkrycia dokonali budowniczowie autostrady. Te cmentarzysko znajdowało się w bezpośrednim sąsiedztwie cmentarzyska kurhanowego[xv] i było niewątpliwie przeznaczone dla niższych warstw społecznych.


 

Goci według dziewiętnastowiecznej ilustracji

 

W latach międzywojennych doszło też do niefachowych wykopalisk dokonanych przez właściciela majątku w Gronowie Hassona von Knebel-Doeberitza. Znaleziono wtedy złotą biżuterię, min. złotą broszę w formie amfory, którą odtąd w każdą noc sylwestrową nosiła małżonka Hassona. W taki sposób niemiecka rodzina ziemiańska podkreślała swój związek z germańskimi przodkami. Ten unikatowy zabytek zaginął jednak podczas ucieczki w 1945 r.[xvi]

Gniew przodków (3)

Wśród niektórych mieszkańców Gronowa szerzył się przesąd, że naruszenie grobów przodków w okolicach Drzeńskich Bagien stanie się przyczyną serii nieszczęść i katastrof. Zakłócenie spokoju pragerman miało być powodem klęski wojennej i straszliwych dla niemieckiej ludności zdarzeń z marca 1945 r. Zagubienie złotej broszy w tych dniach miało mieć też pewną symptomatyczną wymowę.

  

Ostatni i najbardziej systematyczny etap badań cmentarzyska został przeprowadzony w latach 1973-1976 przez zespół archeologów z Muzeum Narodowego w Szczecinie kierowany przez prof. Ryszarda Wołągiewicza. W Materiałach Zachodniopomorskich z 1976 r. został zamieszczony bardzo interesujący artykuł podsumowujący te badania[xvii], z którego obficie tutaj korzystam.

Cmentarzysko było prawdopodobnie użytkowane od II do III w. n. e. Później zaniechano pochówków, gdyż ludność gocka przeniosła się na tereny Mazowsza, Podlasia oraz Polesia i Wołynia. 

 

Rodzina germańska z III w. n. e.

 

Polscy archeologowie zbadali wszystkie kurhany. Jak już wspomniałem cechą charakterystyczną dla Gotów była birytualność, czyli jednoczesne stosowanie ciałopalenia i pochówków grzebalnych. Jamy ciałopalne zawierało 8 kurchanów, natomiast 21 kurhanów kryło pochówki szkieletowe. W siedmiu kurhanach występowało kilka grobów, od 2 do 5. Osoby te były grzebane jednocześnie i niewątpliwie byli członkami jednej rodziny. Spoczywały tam dorośli mężczyzni, kobiet i małe dzieci. Jednoczesne pogrzebanie całej rodziny świadczy chyba o jakiejś mrocznej tragedii, która rozegrała się przed wiekami. Walka o władzę, podczas której dokonano zabójstwa panującej rodziny? Napaść wrogiego plemienia? Można tylko snuć przypuszczenia.

Podniesienie się poziomu wód gruntowych w istotny sposób utrudniało prace archeologom, gdyż poważnemu rozkładowi uległ materiał kostny. Częstokroć trudne było określenie nawet płci pochowanej osoby. W sukurs przyszło nieorganiczne wyposażenie grobów. Mężczyźni posiadali ostrogi, natomiast kobiety mogły zostać zidentyfikowane na podstawie srebrnej i złotej biżuterii.

Jak już wspomnieliśmy cmentarzysko było położone nad Bagnami Drzeńskimi, które w czasach Gotów, mogły tworzyć jezioro będące źródłem wody dla osady. Wysokie brzegi tego ostoiska wodnego stwarzały wiele dogodnych miejsc dla budowy osady, jednak szanse odnalezienia jej śladów były bardzo niewielkie. Tymczasem archeologowie ze Szczecina dokonali zaskakującego odkrycia. Okazało się, że wschodnia grupa kurhanów wraz cmentarzyskiem płaskim tworzyły najstarszą część nekropolii, która dopiero w późniejszych wiekach rozwinęła się w kierunku północno zachodnim. Zanim jednak doszło do tej rozbudowy, na zachód od najstarszych kurhanów rozpościerało się pole orne i osada, po której zostały wyraźne pozostałości pieca chlebowego.

W 1973 r. odkryto też częściowo zachowany kamienny krąg, złożony z dużej ilości stosunkowo niewielkich głazów[xviii].

 

 Warto też odwiedzić naszą księgarnię internetową

 

[i] O. Knopp, Volkssagen. Erzaehlungen und Schwaenke aus dem Kreise Dramburg, Koszalin 1926, s. 24.

[ii] H. v. Knebel-Doeberitz, Manuskrypt 1945-1946, s. 22, niepublikowane wspomnienia udostępnione autorowi przez Waldtraut Helene Treilles

[iii] H. Waetjen, Geschichte des Geschlechtes von Knebel Doeberitz, Braunschweig 1966r., s. 62.

[iv] T. Nosel, Jest taki krzyż pod Złocieńcem, Tygodnik Pojezierza Drawskiego, 16. 12. 2009 r.

[v] T. Gasztołd, Dzieje Ziemi Drawskiej, Koszalin 1972 r., s. 146

[vi] T. Gasztołd, J. Lindmajer, Złocieniec – zarys dziejów, Koszalin 1985, s. 113.

[vii] Tamże, s. 115.

[viii] W. H. Treilles, Das Leben ist ein Chamaeleon. Vom Schloss im Schnee zum Palmenstrand, Magdeburg 2009, s. 59.

[ix] R. Wołągiewicz, Gronowo 1973, badania na cmentarzysku kurhanowym z okresu wpływów rzymskich, Materiały Zachodniopomorskie, s. 129.

[x] R. Wołągiewicz, Cmentarzysko kurhanowe kultury wielbarskiej w Gronowie w świetle badań w latach 1973-1976, Materiały Zachodniopomorskie XXII, 1976, s. 76.

[xii] Tamże, s. 131.

[xiii] Tamże, s. 133-136

[xiv] K. Ruprecht, Der Landkreis Dramburg. Chronik fuer Heimatfreunde, 1976, s. 30.

[xvi] W. H. Treilles, Das Leben ist ein Chamaeleon. Vom Schloss im Schnee zum Palmenstrand, Magdeburg 2009, s. 153 .

[xvii] R. Wołągiewicz, Cmentarzysko kurhanowe kultury wielbarskiej w Gronowie w świetle badań w latach 1973-1976, Materiały Zachodniopomorskie XXII, 1976, s. 71-95.

[xviii] R. Wołągiewicz, Gronowo 1973, badania na cmentarzysku kurhanowym z okresu wpływów rzymskich, Materiały Zachodniopomorskie, s. 142.


Tutaj wpisz zawartość Twojej strony