Historia Pojezierza Drawskiego
Szlaki, tajemnice, ciekawostki, legendy
Start
Wędrówki
Rozmaitości
Miejscowości
Pocztówki
Archiwalia
Prezentacje
Blog regionalisty
Księga gości
Kontakt, Informacja
Stawno - Radomyśl
Sikory Komorze - cz I
Sokory Komorze - cz II
Bobrowo - Lisi Dom
Wierzchowski Młyn ...
Majówka 2010 - II część
Baraki koło Ordensburga Krosino
Majówka 2010 - III część
Majówka 2010 - IV cześć
Siemczyno - Głęboczek
Rzepowo - Piaseczno
Złocieniec - Kańsko
Kańsko-Nieszczęśliwe Bagno
Wierzchowo - Wąsosz
Leśne opowieści
W drodze do Gronowa
Gronowskie opowieści
Nad dawną granicą
Między Starym i Nowym Worowem
Wędrówka w czasie ...
1. Pamiątki I wojny św.
2. Paniątki I wojny św.
Legendy na szlakach...
Leśne opowieści


  Warto też odwiedzić naszą księgarnię internetową


między Będlinem a Sośnicą




Niegdyś przez Będlino biegł średniowieczny trakt, który prowadził ze stolicy Nowej Marchii do Prus Krzyżackich. Była to tak zwana Droga Margrabiów, która na Pojezierzu Drawskim prowadziła z Mirosławca przez Będlino, Pławno, Dobrzycę Małą do Czochrynia. Historia powstania Będlina (niem. Neuhof, czyli Nowy Dwór) wiąże się właśnie z tą drogą, przemierzaną częstokroć przez brandenburskich władców. Jeden z nich - Johann I zwany też Hansem z Kostrzynia postanowił w drugiej połowie XVI w. urządzić tutaj dwór, w którym mógłby odpoczywać i wymieniać konie podczas podróży do Prus.

Trudno dziś określić datę, kiedy ten przystankowy dwór został przekształcony w Książęcy Urząd Ziemski w Będlinie, w każdym razie po 1572 r. obejmował on już: wieś Świerczynę z młynem i folwark Laski (niem. Neu Latzig). Te trzy obiekty zostały zakupione od Toennigesa von Guentersberga. Stosunki własnościowe w najbliższej okolicy były niezwykle skomplikowane. Wsie podzielono na kilka części, które należały do różnych rodzin szlacheckich. Tę sytuację wykorzystywali władcy Marchii Brandenburskiej, konsekwentnie wykupując poszczególne włości i włączając je do będlińskiego urzędu. Jeszcze Johann I pozyskał część wsi Wierzchowo, oddając jej dotychczasowemu właścicielowi Jakubowi von Hornowi Ostrowice jako ekwiwalent. Dalsze powiększenie urzędu nastąpiło w latach 1645-46, kiedy Państwowy Urząd Komorniczy wykupił części wsi Żabin, Żabinek i Sienica, należących dotąd do rodziny von Wolde. Zaledwie rok później doszło do kolejnego powiększenia urzędu poprzez objęcie po zmarłym Filipie von Borcke ze Złocieńca następujących majętności i poddanych: lenno rodziny von Anklam w Stawnie, cała wieś Czochryń, las nad Bagnem Thur, poddanych z Żabina i Żabinka oraz dwóch poddanych z Wierzchowa. Te szeroko zakrojone zakupy miały miejsce w czasie rządów dobrze nam znanego prefekta Klemensa von Humboldta. Wydaje się, że okoliczna szlachta miała kłopoty finansowe spowodowane przez wojnę trzydziestoletnią, tym łatwiej było władzy państwowej wykopywać kawałki jej majętności ziemskich. Dziesięć lat później przejęto dalszych siedem gospodarstw chłopskich i karczmę w Wierzchowie, które należały do Goltzów z polskiego Heinrichsdorfu (Siemczyna)[i]. W 1695 r. wieś Żeńsko (dawniej Schoenfelde, w 1945 r. Borujsko) przejęto od świdwińskiego landrata Joachima von Beckensdorfa, który na swoją prośbę otrzymał w zamian folwarki Klemzow i Lankow koło Świdwina[ii].

W 1700 r. do urzędu w Będlinie należały następujące włości: folwarki w Będlinie, Laskach, Żabinie, Żeńsku i Żabinku, owczarnia w Sośnicy, Drawski Młyn, Miedziany Młyn na Wąsawie, Wierzchowski Młyn, Psiegłowski Młyn, Młyn nad jeziorem Lubie (Springmuehle), Czochryński Młyn i Studnicki Młyn, wsie: Wierzchowo, Świerczyna, Żabin, Żabinek, Żeńsko, Czochryń i czwarta część Sienicy, jeziora i wody: Priegnitz, Staw Dolny i Górny pod Wierzchowem, Staw Spiętrzony, Wąsosze, Hagersee koło Żabina (dziś wysuszone), Schluenecke (?), Dramienko, Buszno koło Żabinka, trzy inne małe jeziora, Głębokie koło Wierzchowa (?), Zuzigsee(?), Riegensee(?), Fermsee(?), odcinek Drawy przy polu siennickim, jezioro Krzemno, jeziora Studniczka i Studnica w Świerczyńskim Lesie, jezioro Machlinko, jezioro Sołtysie (na wschód od Świerczyny, dziś wyschnięte) jezioro Machliny Małe, Bagno Thur (przy drodze Motarzewo - Nadarzyce) i jezioro Klemmem[iii]. Była to więc imponująca posiadłość.

Podczas podróży do Gdańska i Prus margrabiowie brandenburscy mieli zwyczaj zatrzymywać się w Będlinie, z czego nie omieszkali korzystać rajcowie Złocieńca, zanosząc im swoje skargi i uniżone prośby o pomoc. Miasto było w wieloletnim sporze ze swoimi właścicielami Borkami, na których zachowanie mieszczanie skarżyli przebywającemu w Będlinie władcy. W XVIII wieku z będlińskiej stacji korzystali królowie Prus, a urząd przestał być książęcy, stając się królewskim.

W późniejszym czasie urząd ziemski przekształcono w Państwowy Urząd Leśny w Będlinie, który dotrwał do 1945 r. i administrował rozległymi lasami państwowymi otaczającymi wieś.

We wsi, gdzie zobaczyć możemy między innymi okazały budynek nadleśnictwa, wysłuchamy legendy należącej do serii przypowieści piętnujących zły nałóg hazardu. Podobne przekazy spotkamy w innych miejscowościach pojezierza.    

 


Karciarze. Obraz Paula Cezanne

Diabeł i karciarze w Będlinie (83)[iv]

Przed wielu laty w będlińskiej karczmie miejscowi chłopi chętnie oddawali się grze w karty i pijaństwu. Zapamiętali się w tym tak bardzo, że czynili to również podczas niedzielnych nabożeństw. Kiedy pewnej niedzieli gracze ponownie zasiedli do stołu zamiast udać się do kościoła i wziąć udział we mszy świętej, drzwi karczmy otworzyły się z wielkim łoskotem. Nikt z obecnych nie dostrzegł żadnej postaci, natomiast wszyscy ze zgrozą wsłuchiwali się w zbliżające się ciężkie kroki. Następnie dał się słyszeć głośny huk uderzenia w stół. Potem zapanowała głucha cisza. Chłopi ujrzeli na stole wielką dziurę, która miała kształt diabelskiego kopyta. Natychmiast przeszła im ochota na grę i piwo, strwożeni rozbiegli się do swoich domostw. Wstrząśnięci tym złowrogim zdarzeniem mieszkańcy Będlina uradzili, że dotknięty stopą diabła stół należy niezwłocznie zniszczyć. Niestety okazało się to niemożliwe. Starzy ludzie z Będlina opowiadali, że stół leżał długie lata na podłodze gospody.

Po tej pouczającej opowieści naszą uwagę poświęcimy wielkiemu kompleksowi borów, które rozciągały się na południe od Będlina i pobliskiej Sośnicy (niem. Herzberg). Lasy te od wieków należały do państwa brandenburskiego, pruskiego, a w końcu, po 1945 r., polskiego. Lasy Państwowe Będlino, bo taką nosiły nazwę, łączyły się z borem Nadleśnictwa Świerczyna. W południowej części tego obszaru leśnego występują liczne wzgórza, pośród których uwagę zwraca najwyższy zespół wzniesień w dawnym powiecie drawskim, noszący nazwę Góry Raatza (niem. Ratzenberge). Najwyższy punkt tych wzgórz to tak zwany Wysoki Raatz (Hoch Ratzenberg) - 211 m. n. p. m. Gdzieś w jego najbliższej okolicy można podobno odnaleźć jeszcze fundamenty starego domostwa, o którym opowiemy w legendzie dotyczącej nazwy najwyższego wzgórza Ziemi Drawskiej. Dodajmy jeszcze, że przed laty na Wysokim Raatzu wznosiła się drewniana platforma widokowa, z której roztaczał się widok na bliższą i dalszą okolicę. Na dzisiejszych polskich mapach nie znajdziemy nazwy tych wzgórz a szkoda, bo jest ona związana z miejscową legendą.

Góra Wysoki Raatz (84)[v]

Rozmiłowany w prowadzeniu wojen król pruski Fryderyk II wplątał swe państwo w krwawą wojnę, zwaną później siedmioletnią (1756–1763). W konflikcie tym brało udział wiele państw, a walki toczyły się na kilku kontynentach. Ze względu na ten rozległy zakres działań wojennych niektórzy porównują je z dwudziestowiecznymi konfliktami światowymi. Najkrwawsze walki toczyły się jednak na Śląsku i Pomorzu Zachodnim. Pomimo niewątpliwych zdolności strategicznych króla Prus, szala zwycięstwa przechyliła się wyraźnie na stronę jego przeciwników i tylko szczęśliwy zbieg okoliczności uratował państwo pruskie przed całkowitą klęską, a może nawet likwidacją. Fryderyk II zapamiętał się w zaciekłych walkach i ciągle zarządzał wciąż nowe pobory, a krwawe bitwy pochłaniały tysiącami ludzkie istnienia. Ostatecznie Prusy straciły w walce blisko 180 000 żołnierzy.


 

Fryderyk II, wojowniczy król Prus

 

Nie każdemu uśmiechała się perspektywa ciężkiego, żołnierskiego życia w strachu przed pałką kaprala, kulami i kartaczami wroga. Pochodzący ze Śląska leśniczy Raatz nie miał ochoty stracić swojego młodego życia w bezsensownych masakrach, które w ostateczności nie przyniosły niczego dobrego żadnej ze stron, a ludności Prus jedynie skrajną nędzę. Zagrożony poborem do sławetnej armii Fryderyka II leśniczy umknął na Pomorze i osiedlił się w głębokiej puszczy niedaleko Sośnicy i Będlina. Wybudował tam skromne gospodarstwo i zabrał się do roboty. O jego pracowitości i skuteczności krążyły legendy. Chłopi z podziwem kiwali głowami, widząc niezwykłą pracowitość młodego człowieka. Walory charakteru przybysza z dalekich stron doceniły również władze państwowe i powierzyły mu gospodarowanie znaczną częścią miejscowych lasów. W taki sposób uciekinier ze Śląska stał się gajowym w Państwowym Lesie Będlino. Raatz nie miał potomstwa, więc po jego śmierci gospodarstwo ulegało stopniowej ruinie. Nikt już nie odważył się zamieszkać w tych głębokich lasach, gdzie łatwo było trafić na watahę głodnych wilków. Postać Raatza została jednak w pamięci mieszkańców Będlina, Sośnicy i okolicznych folwarków, a wzgórza otaczające jego dawne domostwo nazwano jego imieniem.


     Być może powyższa opowieść to tylko legenda, ale możliwe, że jest to ustna relacja przekazywana z pokolenia na pokolenie, opisująca autentyczne wydarzenia. W każdym razie opowieść brzmi dość wiarygodnie, a ruiny domostwa można było z pewnością odszukać jeszcze w latach trzydziestych ubiegłego wieku.

Kiedy pojedziemy szosą prowadzącą z Będlina w kierunku Sośnicy, otoczą nas wielkie kompleksy leśne, będące celem grzybiarskich wypraw wielu mieszkańców Złocieńca. Przed wojną kursowała tędy wspomniana wąskotorówka „Paulinka”, którą po wojnie zastąpiła klasyczna linia kolejowa. W pociągu relacji Złocieniec-Wałcz w sobotnie lub niedzielne popołudnia można był spotkać dziesiątki zbieraczy leśnego runa z koszykami pełnymi borowików, koźlaków i podgrzybków. Powojenne niehistoryczne nazwy Świerczyny i Sośnicy niewątpliwie nawiązują do leśnego charakteru tych okolic, gdyż, jak łatwo zauważyć, pochodzą od nazw gatunków drzew licznie tu występujących. Kolejna legenda, którą opowiem będzie związana z lasem i jego dawnymi tajemniczymi i groźnymi mieszkańcami: wilkami.

 

Wilcza wataha zimą. Źródło: Brehm’s Tierleben, Saugtiere tom 12, Lipsk 1920 r.


        Dziś w wielkich lasach w okolicach Będlina, Sośnicy i Świerczyny żyje dużo innych zwierząt, lecz wilków tam raczej nie spotkamy. A przecież jeszcze dwieście lat temu w czasie surowych zim ich wygłodniałe watahy trzymały w szachu całą okolicę. Ludzie wydali bezwzględną wojnę tym zwierzętom. Walka była nierówna, więc nieszczęsne drapieżniki dziesiątkami padały łupem myśliwych. Chłopskie nagonki przeczesywały każdy zakątek lasu, a ziemianie, gajowi i urzędnicy z Będlina szlifowali swoje umiejętności strzeleckie. Niewielu czytelników wie, że właśnie w tych lasach zimą 1854/1855 ziemianin von Schuckmann z Byszkowa zastrzelił ostatniego wilka na całym Pomorzu. W innych okolicach wytępiono je znacznie wcześniej. Na przykład koło Bytowa w 1848 r. zabito 5 ostatnich wilków, które zginęły na lodzie lub zostały upolowane podczas polowania z nagonką. Wprawdzie w pobliżu Koszalina ktoś widział grupę wilków jeszcze w 1870 r., lecz były to prawdopodobnie zwierzęta wędrowne. W świerczyńskich borach biedne zwierzęta opierały się więc najdłużej nieuchronnej zagładzie.

Z czasów, kiedy wilki budziły powszechny strach a broń myśliwska nie była tak śmiertelnie precyzyjna, zachowała się legenda, która, jak to zwykle bywa, wyolbrzymiała wilcze zagrożenie.  


 

Wilk węszy za łupem w pobliżu otulonej zimą wsi. Obraz A. Wierusza-Kowalskiego

Złe wilki w Wierzchowie (85)[vi]

Olbrzymi bór, który dziś rozciąga się wokół Sośnicy, był przed wielu laty znacznie większy i sięgał niemal do samego Wierzchowa. Wieś ta otoczona była wówczas podmokłymi lasami i bagnami, w których mieszkało wiele wilków. Pamiątką tych czasów jest miejscowa nazwa bagna znajdującego się w pobliżu Długiego Końca, które nazywano Wilczym Bagnem. Pewnego wieczora kobieta mieszkająca na wierzchowskim Długim Końcu, po ciężkim dniu pracy przygotowywała się powoli do snu. Zbliżyła się jeszcze do drzwi, żeby je zamknąć na noc. Wtedy nagle podwoje pchnięte niezwykłą siłą otwarły się na rozcież i do wnętrza chaty wpadł olbrzymi wilk. Kobieta uderzona drzwiami upadła na podłogę i wydała z siebie okrzyk przerażenia. Wilk skoczył w kierunku niewiasty, chwycił ją i powlókł w głąb ciemnego lasu. Potężny basior przyciągnął nieprzytomną ze strachu kobietę aż do wzgórza nazywanego wówczas Blockberg (dziś nie sposób powiedzieć, o które wzgórze chodziło), gdzie zaczął obwąchiwać swoją zdobycz. Kobieta udawała martwą. Zwierzę pozostawiło ją na chwilę, by zwołać resztę swojej złowrogiej watahy. Widząc, że basior oddalił się nieco, niewiasta zdjęła koszulę i powiesiła ją na ciernistym krzaku, a następnie rzuciła się do gwałtownej ucieczki. Wilki zmylone widoczną z oddali koszulą nie od razu ruszyły w pościg. Dlatego niewiasta zdołała schronić się w swej chacie i zamknąć drzwi na skobel, zanim dopadła ją rozwścieczona wataha. Wilki krążyły jednak wokół domostwa straszliwie wyjąc. Uciekły dopiero wtedy, gdy z pomocą przybiegli sąsiedzi w towarzystwie sfory wielkich psów.

Jak widać tradycja ludowa przypisywała wilkom wyjątkową krwiożerczość, nieustępliwość i potężną siłę. Sam w dzieciństwie rozczytywałem się w książkach Teodora Goździkiewicza „Drapieżcy” i „Kniejówka”, gdzie autor opisywał zdumiewające i zuchwałe ataki wilczych watah na inwentarz domowy a nawet ludzi i ich domostwa. Nic dziwnego, że trudno było o współczucie dla brutalnie tępionych drapieżników. Tymczasem do wilczych napaści dochodziło niezwykle rzadko, tylko wtedy, gdy te zwierzęta były podczas ciężkiej zimy krańcowo wygłodzone.



Napad wilków na podróżujących saniami ludzi. Obraz J. Chełmońskiego

 

W legendzie o wilkach zawarta jest jeszcze jedna bardzo ciekawa informacja. Drapieżnik miał wywlec niewiastę na wzgórze Blockberg lub Blocksberg, znajdujące się w pobliżu Długiego Końca Wierzchowa. Jak wspomniałem powyżej, nie sposób znaleźć tej nazwy na nawet najdokładniejszych mapach okolic. Widać stara nazwa popadła w zupełne zapomnienie albo była używana tylko przez mieszkańców Wierzchowa. Dlaczego zaintrygowała mnie wzmianka o Blocksbergu? Otóż według starych legend na wzgórzach o takiej nazwie odbywały się sabaty czarownic. Prawdopodobnie w okolicach Wierzchowa opowiadano niegdyś legendę o tej górze, która jednak nie zachowała się do czasów, kiedy Georg Kuessel tworzył swój zbiorek. Czy można dziś odgadnąć, gdzie znajdowało się tajemnicze wzgórze. Myślę, że tak. Kilkaset metrów na północny wschód od ostatnich domostw Długiego Końca znajduje się Smolne Bagno (niem. Kienbruch), które otacza zalesione wzgórze 134,1.  To miejsce znakomicie wpisuje się w atmosferę legend o złych wilkach i zlotach czarownic.


 
Po lewej: prawdopodobne położenie wierzchowskiego Blocksbergu, po prawej: rycina z 1508 r. autorstwa H. B. Griena, przedstawiająca sabat czarownic

 

Historyczna nazwa Sośnicy brzmiała Herzberg, czyli Sercowa Góra. Na wschód od tej miejscowości znajduje się wzgórze o nazwie Wysoka Sercowa Góra (164 m.n.p.m.), od którego osada przyjęła swą nazwę. Wieś Sośnica powstała dopiero w 1765 r., ale już sto lat wcześniej była w tym miejscu owczarnia należąca do urzędu w Będlinie. Nieco na południe od miejscowości jeszcze w latach dwudziestych ubiegłego wieku pracowała mała huta szkła. Budowla kościółka w Sośnicy pochodziła z XIX w. Wewnątrz znajduje się drewniany ołtarz, wykonany w 1725 r., który został tu przeniesiony ze starego kościółka w Czaplinku.

Jeden z czytelników tego serwisu (nick: Waldek) przekazał następującą informację dotyczącą powojennych losów kościółka:
"Kościół, o którym pan pisze już nie istnieje. Został rozebrany decyzją władz. Odbyło się to w asyście milicji i SB, bo mieszkańcy nie godzili się na to, walczyli o swój kościół.

Inny czytelnik serwisu o nicku Joga dodał bardzo interesujące informacje o powrocie wilków do lasów w okolicach Świerczyny, Będlina i Broczyna: "
Piszę w sprawie wsi Będlino (Neuhof) i okolic. Wilki wróciły w nasze okolice. Kilkanaście lat temu (chyba koniec lat 90) na terenie ścisłego poligonu drawskiego zauważono tropy pary wilków i najbardziej zagadkowe jest, że nie wiadomo jak się tu znalazły. Przez te kilkanaście lat ta para się rozmnożyła. Ja sam osobiście nie spotkałem tej watachy, co jest zresztą bardzo trudne, bo wilki raczej same się ukryją niż pozwolą się podejść. Jednak jakieś dwa lata temu Pani leśniczy z Nadleśnictwa Świerczyna przez przypadek, podczas obchodu lasu, podeszła tą watache w okolicach miejscowości Broczyno. .



 Warto też odwiedzić naszą księgarnię internetową



[i] E. H. Utke, Vom Amte Neuhof und seinen Untertanen, Dramburger Kreisblatt.

[ii] Tamże.

[iii] Tamże.

[iv] O. Knopp, Volkssagen. Erzaehlungen und Schwaenke aus dem Kreise Dramburg, Koszalin 1926, s. 53.

[v] G. Kuessel, Hochratzenberg, Virchow und Umgebung, Heimat Kirchspiel Virchow 1967 r. s. 60-62.

[vi] G. Kuessel, Virchower Sagenkranz. O. Knopp, Volkssagen. Erzaehlungen und Schwaenke aus dem Kreise Dramburg, Koszalin 1926, s. 60