Historia Pojezierza Drawskiego
Szlaki, tajemnice, ciekawostki, legendy
Start
Wędrówki
Rozmaitości
Miejscowości
Pocztówki
Archiwalia
Prezentacje
Blog regionalisty
Księga gości
Kontakt, Informacja
Stawno - Radomyśl
Sikory Komorze - cz I
Sokory Komorze - cz II
Bobrowo - Lisi Dom
Wierzchowski Młyn ...
Majówka 2010 - II część
Baraki koło Ordensburga Krosino
Majówka 2010 - III część
Majówka 2010 - IV cześć
Siemczyno - Głęboczek
Rzepowo - Piaseczno
Złocieniec - Kańsko
Kańsko-Nieszczęśliwe Bagno
Wierzchowo - Wąsosz
Leśne opowieści
W drodze do Gronowa
Gronowskie opowieści
Nad dawną granicą
Między Starym i Nowym Worowem
Wędrówka w czasie ...
1. Pamiątki I wojny św.
2. Paniątki I wojny św.
Legendy na szlakach...
Wierzchowski Młyn ...

Czerwiec 2010 – piesze wędrówki

 

Wierzchowski Młyn i wyschnięte jezioro Priegnitz

 

J. Leszczełowski 

 

Pomarańczowa przerywana linia ilustruje przebieg wędrówki

 

Wyprawę rozpoczniemy na wierzchowskim Długim Końcu, skąd poprowadzi nas wąska droga asfaltowa w kierunku Czaplinka. Po lewej stronie szosy rozciągają się rozległe tereny bagienne. Około 1 km od ostatnich dotrzemy do miejsca, gdzie drogę przecina Wierzchowski Strumień łączący jezioro Wąsosze z Dolnym Stawem, który po wojnie został przemianowany na Jezioro Dolne. Z przepustu na szosie widać te obydwa jeziora.


 

Wierzchowski Strumień widok z przepustu na szosie w kierunku j. Wąsosze

 

Kilka metrów za mostem skręcamy w prawo w drogę gruntową wzdłuż której prowadzi czarny szlak rowerowy. Idziemy wzdłuż brzegu Stawu Dolnego, którego jednak nie widać, gdyż zasłaniają go drzewa. Po lewej stronie mijamy pojedyncze domostwo leśne, za który na skrzyżowaniu dróg leśnych skręcamy w prawo, zgodnie z oznakowaniem szlaku rowerowego.

 

Za leśnym domostwem na skrzyżowaniu dróg skręcamy w prawo

 

Tą drogą dotrzemy do Stawu Górnego, nad którym niegdyś pracowicie krążyły koła Wierzchowskiego Młyna. Po dość okazałym gospodarstwie młynarskim nie pozostało niemal śladu. Zastawka spiętrzająca Wierzchowski Strumień i liczne kamienie leżące w korycie tego strumieniu, a które niegdyś były elementami fundamentów ceglanego młyna.

 

Górny Staw

 

Wierzchowski Strumień i kamienie pochodzące z budowli nieistniejącego dziś Wierzchowskiego Młyna

 

Wierzchowski Strumień. Na drugim planie przepust pod drogą, po lewej odgałęzienie strumienia, które niegdyś napędzało koło młyńskie

 

Zastawka spiętrzająca wody Wierzchowskiego Strumienia przy Górnym Stawie

 

       Rozpościerający się przed nami Górny Staw powstał niewątpliwie w wyniku spiętrzenia wód Strumienia Wierzchowskiego. Nazywano go też niegdyś Stawem Młyńskim. Z tym miejscem związana jest dość makabryczna legenda, którą poznamy dzięki nieocenionym zbiorom Georga Kuessela.

Rabusie w Wierzchowskim Młynie (79)[i]

Przed wieloma laty wieczorową porą do młyna wodnego w Wierzchowie przybyło kilku mężczyzn, którzy chcieli kupić od właściciela parę sztuk bydła. Gdy ten stanowczo odmówił, przybysze poprosili, żeby chociaż rozmienił im pieniądze. Nie przeczuwając niebezpieczeństwa, młynarz wpuścił obcych do swojego obejścia i przyniósł drobne monety ze szkatuły. Mężczyźni rozglądali się po domostwie ze słabo skrywanym zainteresowaniem. Rozmienili banknot na drobne i odeszli. Młynarz jednak długo nie mógł zasnąć, gdyż w twarzach niedoszłych kupców bydła zobaczył coś złego i wielce niepokojącego. Tej nocy nic się jednak nie wydarzyło. Minął kolejny dzień i następny, młynarz zapomniał o tym, zdawałoby się nieistotnym, incydencie.

Jednak po ośmiu dniach od wizyty mężczyzn, ciemną nocą do młyna włamała się banda zbójców. Odgłos brutalne wyłamywanych wrót obudził młynarzową, która zaczęła głośno wołać o pomoc. Jeden z bandytów trzymał w ręku ciężkie dłuto ciesielskie, którym z rozmachem uderzył nieszczęsną kobietę, zabijając ją na miejscu. Następnie rabusie dostali się do młyna i rzucili kilka worków pełnych mąki na śpiącego tam gospodarza. Ten, nie mogąc się poruszyć i uwolnić, wkrótce skonał. Teraz mogli bez przeszkód przetrząsać wszystkie szafy, kufry i zakamarki zabierając wartościowe rzeczy i pieniądze. Zajęci rabunkiem i zaślepieni chciwością nie dostrzegli, że śpiąca w kuchni dziewczyna służebna obudziła się i wyskoczyła przez okno. Przerażona panienka pobiegła do stajni i obudziła parobka. Teraz oboje podążyli do sąsiednich gospodarstw rozrzuconych po okolicy, wzywając pomocy. Sąsiedzi chwycili za widły, siekiery i kosy. Nie minęło dwadzieścia minut, a już do młyna biegli robotnicy cegielniani z leżącego w pobliżu jeziora Wąsosze Jeziornego Dworu (Seehof). Do tej grupy dołączył wraz z dwoma synami gajowy z pobliskiej leśniczówki. Kiedy pomoc wpadła do młynarskiego domostwa byli tutaj już chłopi z osad znajdujących się wokół Dolnego Stawu. Słychać też było groźne okrzyki parobków nadbiegających z leżącego na wschód od młyna Dworu Juliusza (Juliushof). Uzbrojeni sąsiedzi ze zgrozą stwierdzili, że młynarz i jego żona nie żyją. Żądni zemsty przetrząsali całą okolicę, szukając morderców. Chłopi kilkakrotnie przebiegali przez most nad młyńskim strumieniem, nie przypuszczając nawet, że pod nim ukryli się bandyci, którzy właśnie zajęci byli liczeniem zrabowanych przedmiotów i ich podziałem między siebie. Poszukiwania nie przyniosły rezultatów i zbójcy uszli cało.


 

Wierzchowski Młyn nad Górnym Stawem. Źródło: „Wenn in stiller Stunde. Bilddokumentation Virchow und Umgebung“. Dziś po młynarskim gospodarstwie pozostały jedynie słabo widoczne ślady.

 

Chłopi pospiesznie pochowali małżeństwo w pobliżu ich domostwa. Stało się tak dlatego, że nie mieli oni żadnych krewnych, a wszystkie pieniądze, które można by było przeznaczyć na godny pogrzeb, padły łupem złodziei.

Dusze zmarłych nie mogły zaznać spokoju. Sąsiedzi widywali nocami dwie białe postacie wychodzące z prowizorycznych grobów i udające się do młyna, żeby tam spędzić resztę nocy. Rozeszła się wieść, że w młynie straszy, co zniechęcało potencjalnych nabywców. Ponadto chętnych młynarzy odstręczało ciągle realne zagrożenie zbójeckim napadem. Wieś pilnie potrzebowała młyna, więc ludzie uradzili, żeby wykopać trumny młynarskiej rodziny i zorganizować porządną ceremonię pogrzebową, co mogłoby zapewnić spokój duszom zamordowanych gospodarzy. Tak też się stało. Duchy zaznały upragnionego spokoju i nie pojawiały się więcej, a młyn został ponownie uruchomiony i mielił mąkę dla całej okolicy.

 

Mam nieodparte wrażenie, że spisana przez Georga Kuessela legenda nosi w sobie wspomnienie o autentycznej zbrodni i dramacie, jaki rozegrał się w oddalonym od wsi osamotnionym domostwie młynarza.

Okazuje się, że zachowało się dużo informacji o przeszłości młyna nad Wierzchowskim Strumieniem. Obiekt ten powstał prawdopodobnie jeszcze w XIV wieku, został jednak zburzony po zakupieniu Ziemi Drawskiej przez zakon krzyżacki, który chciał mieć wszystkie młyny pod całkowitą kontrolą. Po okresie względnego spokoju w XVI wieku, kiedy młyn pracował bez większych trudności nadeszła wojna trzydziestoletnia, a po niej polsko-szwedzka. Wierzchowski Młyn został spalony podczas tej ostatniej i dopiero w 1658 r. młynarz Paul Guetzlaw ze Złocieńca zdecydował się na jego odbudowę. Stosowny dokument koncesyjny wystawił mu w tym samym roku skarb Nowej Marchii:

„My Fryderyk Wilhelm z Bożej Łaski margrabia Brandenburgii, komornik Świętego Cesarstwa Rzymskiego, Książe Prus, Magdeburga, Juelich, Kleve i Bergu, Książe Pomorza i Szczecina, Książe Wendów i Kaszubów, także i na Śląsku Książę Krosna i Jaegerndorfu, burgrabia Norymbergi, Książe Minden, Halberstadt i Kamienia, baron Marchii, Ravenberg i Ravenstein, pan ziemi lęborskiej i bytowskiej, ogłaszamy niniejszym w imieniu własnym i naszych następców, że Paul Guetzlaw z Falkenburga przedstawił nam usłużnie do rozważenia, przyznanie mu przez nasz skarb nowomarchijski w zamian za należący do niego Młyn Miedziany w Falkenburgu innego młyna, nazywanego Młynem Wierzchowskim, leżącego na obszarze urzędu Neuhof (dziś Będlino – przyp. J.L.). Tenże młynarz Paul Guetzlaw poprosił nas teraz, żeby dla większego bezpieczeństwa jego samego, jego spadkobierców i jego potomków podpisać kontrakt, którego oryginał niniejszym przedkładamy, potwierdzamy i nadajemy mu mocy. Ten dokument ma słowo w słowo następującą treść: W imieniu Błogosławionej Trójcy Przenajświętszej amen. Ogłasza się niniejszym do wiadomości każdego, komu ta wiedza będzie potrzebna, że urząd w Neuhof  wraz ze wszystkimi należącymi do niego folwarkami i prawie wszystkimi wioskami został obrócony w popiół i zrujnowany przez wrogą działalność sąsiedniego narodu. Młynowi tartacznemu w Świerczynie odjęto zaś całą wodę. Ale, że teraz dzięki Łasce Bożej nastał w kraju pokój i chłopi poddani urzędu potrzebują młyna tartacznego oraz, że Paul Guetzlaw z Młyna Miedzianego koło Falkenburga, który został spalony, zgłosił do książęcego urzędu skarbu w Kostrzynie gotowość urządzenia młyna tartacznego i zbożowego w urzędzie Neuhof koło wsi Wierzchowo oraz ponieważ Strumień Wierzchowski w wiosennym i jesiennym czasie może mieć wystarczająco dużo wody, zawarłem umowę permutacyjną z Paulem Guetzlawem”[ii].


Stary młyn wodny nocą. Obraz F. Ruszczyca

 

Zanim przystąpimy do analizy reszty cytowanego dokumentu warto pokusić się o kilka słów komentarza. Pisząc o wrogim sąsiednim narodzie, który spustoszył folwarki i wsie urzędu książęcego w Będlinie, elektor brandenburski miał na myśli łupieżcą wyprawę do Nowej Marchii wojsk Stefana Czarneckiego, które w 1657 r. stacjonowały w okolicach około dziesięć dni, rzeczywiście puszczając z dymem lub grabiąc wiele miejscowości. Działania Czarneckiego były spowodowane między innymi wiarołomną postawą elektora podczas potopu szwedzkiego. Jak się dowiadujemy, spłonął wtedy również Młyn Miedziany na Wąsawie leżący między Złocieńcem a Bobrowem. Pomimo tego, że Paul Guetzlaw zdecydował się porzucić ten obiekt, młyn został później odbudowany i widnieje na starej mapie z 1700 r. Do 1945 r. prowadząca w jego kierunku ulica Piaskowa w Złocieńcu nosiła nazwę ulicy Młyna Miedzianego – Kupfermuehlenstrasse.

Dalsza część elektorskiego dokumentu dotyczyła opuszczanego przez Paula Guetzlowa Młyna Miedzianego, który dzierżawił wcześniej od Borków z zamku Falkenburg. Użytkowanie tego młyna związane było z szeregiem uprawnień do korzystania z pól, pastwisk, łąk, do połowu ryb i pobierania drewna z lasów. Obowiązek mielenia zboża w tym młynie nałożony był na wszystkich chłopów z Bobrowa (niem. Dietersdorf) oraz na leżące w najbliższej okolicy folwarki rycerskie, które podlegały posiadłości ziemskiej zamku Falkenburg, należącej do rodziny von Borcke. Dzierżawca Miedzianego Młyna zobowiązany był jednocześnie do uiszczania rocznego czynszu w postaci jednej miary żyta na rzecz złocienieckiego zamku. Młynarz musiał też w dzień Świętego Michała dostarczyć Clausowi von Dieterdtowi z Bobrowa czternaście półkorców ziarna chlebowego[iii]. Dieterdtowie byli najpierw lennikami Wedlów ze Złocieńca, a później ich następców Borków.


   
  

Najbliższa okolica Wierzchowskiego Młyna

 

Wróćmy do kontraktu podpisanego przez kurfirsta Fryderyka Wilhelma. Jego kolejne wiersze opisywały uprawnienia i obowiązki Paula Guetzlawa po przejęciu Wierzchowskiego Młyna, należącego do książęcego urzędu Będlino. Przyznany w dzierżawę Paulowi, jego potomkom i spadkobiercom Młyn Wierzchowski mielił ziarno i napędzał piłę tartaczną, używaną do wyrobu desek. Dzierżawcy przyznano wszystkie jego zabudowania, przyległe ziemie, ogrody, pastwiska oraz rosnące wokół olchy. Przysługiwało mu prawo do połowu ryb za pomocą sieci w Stawach Dolnym i Górnym, co czynić winien „według swoich sił i w miarę swych potrzeb”. Natomiast połów ryb w Spiętrzonym Stawie przysługiwał jedynie urzędowi w Będlinie. Chodziło prawdopodobnie o niewielki staw, leżący na południowy zachód od zabudowań dawnego młyna. Dziś ten staw stanowi porośnięty lasem niewielki obszar bagienny. Na teren tego wyrzucano zupełnie niedawno śmieci, szpecąc jego wygląd.

Nad tym stawem pracował wcześniej starszy młyn, o czym świadczy zapis przyznający Paulowi Guetzlawowi ziemię nad „starym młynem”. Ponadto Paul posiadał prawo do pobierania drewna opałowego i budowlanego z lasu książęcego, żeby jednak to uczynić, musiał każdorazowo pozyskać pisemne zezwolenie od prefekta urzędu w Będlinie[iv].

W ówczesnych czasach ludność objęta była monopolem młyńskim, na mocy którego do mielenia w Wierzchowskim Młynie zobowiązani byli: „poddani urzędu Neuhof, z wszystkimi zagrodnikami, chłopami, pasterzami i innymi mieszkańcami oraz wieś Wierzchowo bez wyjątków dla wszystkich jej mieszkańców”. Młynarz był zwolniony ze wszystkich prac i dostarczania podwód na rzecz urzędu w Będlinie, za co zobowiązany był do darmowego mielenia ziarna i słodu dla tegoż urzędu. Dodatkowo musiał dostarczać na Świętego Michała dwa półkorce żyta jako czynsz młyński. Interesujące jest też następujące sformułowanie: „jeśli wbrew oczekiwaniom zabrakłoby wody w Wierzchowskim Strumieniu, zezwala się młynarzowi na wybudowanie wiatraka na własny koszt, za co zobowiązany będzie rocznie oddawać dwa półkorce żyta”[v].

12 sierpnia 1658 r. w wierzchowskim sądzie umowę podpisały następujące osoby: książęcy prefekt Urzędu w Będlinie Christianus Guenther (następca Klemensa von Humboldta), dziedziczny młynarz na Wierzchowskim Młynie Paul Guetzlaw, wierzchowski pastor Gruetzmacher (jako pisarz) oraz świadkowie: młynarz Mateusz Pohl i obywatel Jakub Droese, obaj ze Złocieńca.

W 1673 r. zgodnie z rozkazem elektora wszystkie małe młyny należące do urzędów miały być sprzedane prywatnym osobom. W 1727 r. skorzystał z tego wnuk Paula Guetzlawa Daniel Mueller, który kupił dzierżawiony przez siebie młyn. Nazwisko miał zresztą adekwatne do zawodu: Mueller, czyli młynarz. Niestety jeszcze tego samego roku młyn padł ofiarą pożaru. W 1752 r. zniesiono monopol młyński, co wbrew pozorom dobrze przysłużyło się interesom wierzchowskiego młynarza, albowiem wieść o bardzo dobrej jakości wytwarzanej przez niego mąki rozchodziła się daleko. Nad stawy koło Wierzchowa przyjeżdżały fury żyta z dość odległych stron, gdyż ich właściciele nie byli już przymuszeni prawem monopolu do mielenia w swoich miejscowych młynach. W 1767 r. znowu wybuchł pożar, ale  ówczesny właściciel był na tyle zamożny, że mógł nabyć Młyn Drahimski, którego urządzenia rozebrał i przewiózł do Wierzchowa. Nic dziwnego, że o bogactwie młynarskiej rodziny krążyły legendy. W późniejszych latach warunki do prowadzenia interesu musiały się znacznie pogorszyć. Wysoce prawdopodobne jest, że w XIX w. śmiertelny cios młynarskiemu interesowi zadało obniżenie lustra wody w jeziorze Wąsosze. W tym stuleciu siła prądu strumieni nie była już tak ważna, gdyż był to wiek maszyny parowej. W każdym razie w latach trzydziestych XX w. młyn już nie pracował.

 

Wyschnięte koryto strugi łączącej niegdyś Staw Górny ze Stawem Spiętrzonym

 

Dziś dawny Staw Spiętrzony jest wyschnięty, a jego zabagniony obszar porośnięty jest drzewostanem

 

Udajemy się dalej drogą w kierunku południowy, by po kilkudziesięciu metrach dotrzeć do skrzyżowania leśnych dróg tutaj pożegnamy się z czarnym szlakiem rowerowym, wiodącym w prawo, w kierunku Wierzchowa (szlak prowadzi nad brzegiem wyschniętego Stawu Spiętrzonego i przez zabudowania osady noszącej niegdyś nazwę Dwór Karola). My idziemy prosto do następnego skrzyżowania, gdzie powitają nas oznakowania pieszego szlaku imienia 1 Warszxawskiej Brygady Kawalerii, która 1 III 1945 r. stoczyła ciężki bój pod Borujskiem (dziś Żeńsko). Ty razem również idiemy prosto zgodnie z oznakowanie wspomnianego szlaku.

Po kilkuset metrach po prawej stronie w lesie, można zobaczyć regularne kształty wzgórza. Być może są to ślady starej osady ludzkiej, niezbadanej przez archeologów. Regularny kształt tej wyniosłości terenowej wzbudza podejrzenie, że powstała ona w wyniku pracy ludzkich rąk.


Skrzyżowanie na skraju lasu. Tu wchodzimy na szlak pieszy imienia 1 Warszawskiej Brygady Kawalerii.

 

Grodzisko? W lesie na północny zachód od wyschniętego jeziora Priegnitz

 

Droga prowadzi na południowy wschód w kierunku wsi Będlino (dawniej Neuhof, czyli Nowy Dwór). Kiedy dotrzemy do dużego skrzyżowania w lesie na południowy wschód łatwo odnajdziemy dawne, dziś wyschnięte Priegnitz. Ten dawny zbiornik wodny nie ma polskiej nazwy. Natomiast niemieckie nazwy są często mylone i w różnych publikacjach pojawiają się nazwy: Priegnitz, Priemnitz i Priebnitz. O tym miejscu opowiadano kiedyś trzy fascynujące legendy.

 

Zachodni fragment dawnego jeziora Priegnitz

Żółwia księżniczka znad jeziora Priegnitz (80)[vi]

W lasach nad jeziorem Priegnitz na wschód od wsi Wierzchowo stał w dawnych czasach okazały zamek, w którym mieszkała bogata księżniczka ze swoją liczną służbą. Władczyni nie cieszyła się dobrą sławą ze względu na jej twarde serce. Każdego, kto nieopatrznie zaplątał się w zamkowe okolice, chwytała wierna służba. Delikwent taki musiał dokładnie wyjaśnić powód swojego przybycia. Jeśli odpowiedzi nie były zadawalające, otrzymywał liczne rózgi w miejsce, w którym kończą się plecy. Pewnego dnia do zamku przybyła stara żebraczka. Na dziedziniec zamkowy dostała się nocą, przechodząc po kryjomu przez dziurę w ogrodowej bramie. Najpierw schroniła się w pałacowym ogrodzie, gdzie doczekała wczesnego ranka. Wtedy udała się prosto do sypialni złej księżniczki, by poprosić ją o niewielką jałmużnę. Pojawienie się starej kobiety bardzo przestraszyło, a później rozgniewało księżniczkę, która, głośno wrzeszcząc, rozkazała wyrzucić żebraczkę z pięknego pałacu. Służki chwyciły nieszczęsną starowinę i wyprowadziły z sypialni. Nikt nie wiedział jednak, że ta biedna i niepozorna kobiecina była jednocześnie miejscową czarownicą. Dlatego nie zwracano uwagi na jej niezrozumiałe mamrotanie pod nosem. Tymczasem stara kobieta, opuszczając zamek, szeptała groźne zaklęcia. Jeszcze wcześniej wrzuciła jakiś dziwny proszek do wody przeznaczonej do mycia. Wypchnięto ją za ogrodzenie pałacowego ogrodu, nie szczędząc przy tym kuksańców i poszturchiwań.

 

Żółw. Źródło: Brehm’s Tierleben, Saugtiere tom 3, Lipsk 1891 r.

 

Jak co dzień zła księżniczka przystąpiła do porannego mycia, oblewając głowę i pierś zaklętą wodą. Ku przerażeniu wszystkich obecnych zamkowa pani zamieniła się w brzydkiego i pomarszczonego żółwia. Zaczarowana księżniczka spojrzała w lustro, krzyknęła z przerażenia, a następnie wczołgała się pod łóżko. Kiedy służki wbiegły do pokoju, nie mogły już odnaleźć swojej pani. Przeszukiwały zamek i najbliższą okolicę, ale nigdzie jej nie było. Nie odnaleziono też starej czarownicy, gdyż schowała się w gęstych jałowcach nad jeziorem Priegnitz.

Nadszedł dzień Świętego Jana, kiedy o północy wiedźma wyszła ze swojego ukrycia i wymawiając potężne zaklęcie, wprawiła ziemię w drżenie. Wśród uderzeń piorunów, ze strasznym łoskotem zamek wraz z jego mieszkańcami zatonął w ciemnej wodzie jeziora Priegnitz. Ze wzburzonej wody wyłonił się tylko brzydki żółw, który wczołgał się norę, znajdującą się w pobliżu jeziornego brzegu.

Owczarz i żółw (81)[vii]

Minęło wiele dziesiątek lat od czasu kiedy wody Priegnitz pochłonęły wspaniały pałac stojący na jego brzegiem. Pewien pasterz z Wierzchowa pasał swoje owce w pobliżu tego wysychającego jeziora. Był duszny dzień Świętego Jana i spragniony owczarz przyklęknął nad brzegiem jeziora, żeby napić się chłodnej wody. Wtedy zobaczył wielkiego i bardzo brzydkiego żółwia. Mężczyzna wzdrygnął się i chciał uderzyć zwierzę, ale w ostatniej chwili powstrzymał się. Zdumiony usłyszał, że zwierzę błagalnym i piskliwym głosem prosiło, żeby nie czynił mu krzywdy. Nieszczęsny gad opowiedział swoją historię, żarliwie przekonując mężczyznę, iż w istocie jest zaklętą księżniczką. Żółw twierdził też, że gdyby pasterz uwolnił księżniczkę od zaklęcia, stałby się bardzo bogaty. Jednakże zdezorientowany mężczyzna nie był w stanie wykrztusić nawet słowa. W ten sposób przegapił dogodny moment, gdyż nagle z głębi jeziora dobiegł dźwięk bijącego dzwonu. Na ten odgłos żółw wydał przeraźliwy okrzyk i wśliznął się w norę nad brzegiem jeziora. Zdarzenie to zrobiło ogromne wrażenie na owczarzu, który postanowił odtąd nigdy nie wypasać swojej trzody w tym przeklętym miejscu.


 

Tu kiedyś szumiały wody jeziora Priegnitz.

Góra Dzwonu (82)[viii] 

Nad brzegiem jeziora Priegnitz znajduje się wzgórze, które nazywano niegdyś Górą Dzwonu. Nazywano je tak dlatego, ponieważ miało pewną wyjątkową właściwość. Odkryć ją mogły tylko dzieci i to urodzone w niedzielę. Kiedy takie dziecko o godzinie 12.00 w dzień Świętego Jana wspięło się na to wzgórze, mogło usłyszeć dzwon bijący z głębi jeziora. Ludzie opowiadali, że dzwon ten pochodzi z dzwonnicy, która przed wielu laty zatonęła w bagnistym jeziorze Priegnitz.

Od zachodniego brzegu Jeziora Priegnitz udajemy się szeroką leśną drogą na zachód w kierunku wsi Wierzchowo. Towarzyszyć nam będzie szlak imienia 1 Warszawskiej Brygady Kawalerii. Po wyjściu z lasu przez długi czas towarzyszyć nam będzie doskonały widok na Polski Koniec wsi Wierzchowo. Widać też doskonale strzelistą neogotycką sylwetkę kościoła w tej wsi. Po wejściu na szosę z Będlina mijamy polski, a nieco dalej stary niemiecki cmentarz.

Naszą wędrówkę kończymy w Wierzchowie na tzw. Polskim Końcu, gdzie napotkamy jeszcze dość popularny mityczny motyw dzikich łowców.

Dzikie Łowy w Wierzchowie (78)       

Na Polskim Końcu w Wierzchowie widywano szalony orszak dzikich łowców, który z wielkim łoskotem pędził w kierunku Będlina i Świerczyny[ix] 

 

Jeden z domów na Polskim Końcu


 

Szachulcowy mur

[i] G. Kuessel, Virchower Sagenkranz. O. Knoop, Volkssagen. Erzaehlungen und Schwaenke aus dem Kreise Dramburg, Koszalin 1926, s. 13

[ii] E. F. Bruenning, Die Gruendung der Virchower Muehle 1658, Heimatkallender 1936, s. 60-63

[iii] Tamże.

[iv] Tamże.

[v] Tamże.

[vi] G. Kuessel, Virchower Sagenkranz. O. Knoop, Volkssagen. Erzaehlungen und Schwaenke aus dem Kreise Dramburg, Koszalin 1926, s. 33-34

[vii] Tamże, s. 34.

[viii] O. Knoop, Volkssagen. Erzaehlungen und Schwaenke aus dem Kreise Dramburg, Koszalin 1926, s. 34-35.

[ix] O. Knoop, Volkssagen. Erzaehlungen und Schwaenke aus dem Kreise Dramburg, Koszalin 1926, s. 39.