Historia Pojezierza Drawskiego
Szlaki, tajemnice, ciekawostki, legendy
Start
Wędrówki
Rozmaitości
Miejscowości
Pocztówki
Archiwalia
Prezentacje
Blog regionalisty
Księga gości
Kontakt, Informacja
Stawno - Radomyśl
Sikory Komorze - cz I
Sokory Komorze - cz II
Bobrowo - Lisi Dom
Wierzchowski Młyn ...
Majówka 2010 - II część
Baraki koło Ordensburga Krosino
Majówka 2010 - III część
Majówka 2010 - IV cześć
Siemczyno - Głęboczek
Rzepowo - Piaseczno
Złocieniec - Kańsko
Kańsko-Nieszczęśliwe Bagno
Wierzchowo - Wąsosz
Leśne opowieści
W drodze do Gronowa
Gronowskie opowieści
Nad dawną granicą
Między Starym i Nowym Worowem
Wędrówka w czasie ...
1. Pamiątki I wojny św.
2. Paniątki I wojny św.
Legendy na szlakach...
Bobrowo - Lisi Dom

Czerwiec 2010 – piesze wędrówki

 

Bobrowo – Lisi Dom Myśliwski

 

J. Leszczełowski 

 



Trasa z Wąsosza przez Bobrowo do Lisiego Domku Myśliwskiego


Wędrówkę zaczynamy w Bobrowie (dawniej Dietersdorf), gdzie na drodze prowadzącej do Wąsosza znajduje się niewielki mostek na strumieniu. Po lewej stronie za mostkiem znajduje się stary cmentarz niemiecki z popadającą w ruinę starą, szachulcową kapliczką. Jest to miejsce, które skłania do zadumy nad przemijaniem. Kapliczka z zewnątrz wygląda dość solidnie, lecz w środku jest zdewastowana. Przez długie lata służyła polskiej ludności jako kościółek i była wtedy bardzo zadbana. Dziś wieś ma nowoczesny kościół, który powstał w miejscu rozebranego w latach pięćdziesiątych szachulcowego zboru ewangelickiego.

 


Kaplica cmentarna. Po wojnie do lat dziewięćdziesiątych XX w. katolicki kościół pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusowego.

 

Opuszczony cmentarzyk należy do świata, który już nie istnieje. Dość przygnębiające wrażenie robią resztki bramy wjazdowej i nieliczne, pochylone krzyże. Zachowało się kilka oryginalnych nagrobków, między innymi dwa groby ośmioletniego i rocznego dziecka. Na opuszczonych mogiłach polscy mieszkańcy ustawiają świeczki. Żadnego śladu nacjonalistycznego zacietrzewienia. Dla mnie jest to wyraźny znak nadejścia lepszych czasów.

 

  

Widok na bobrowski pałac dziś i w latach trzydziestych


Bobrowo, dawniej Dietersdorf to bardzo stara wieś wzmiankowana już na początku XIV wieku, kiedy była własnością rycerskiego rodu Dieterdtów (to nazwisko zostało zapisane w źródłach również w dwóch innych wersjach: Dethart i Dittardt), którzy byli lennikami złocienieckich Wedlów, a później Borków. Od nazwiska pierwszych właścicieli pochodzi historyczna nazwa wsi. Dopiero w 1945 r. polskie władze wybrały nową nazwę: Ludwikowo, by po dwóch latach zastąpić ją Bobrowem.

 

 

Po lewej: Konstantin von Knebel-Doeberitz. Po prawej: herby rodzin von Knebel-Doeberitz i von Gruenberg widniejące na frontonie bobrowskiego pałacu

 

Dieterdtowie żyli w Bobrowie aż do XVIII wieku. W 1719 r. współwłaścicielem Bobrowa był pułkownik Aleksander Wedig von Dieterdt, który miał czterech synów Krystiana Ewalda, Fryderyka Ludwika, Krystiana Ludwika i Karola Konrada Bogusława. Wieś podzielona była wtedy na dwie części, a jej drugim właścicielem wsi był Melchior Ludwig von Kleist. W tym czasie we wsi żyło 19 chłopów, którzy zajmowali się połowem ryb i sprzedażą drewna w Złocieńcu. Wynajmowali się też do orania złocienieckiej ziemi uprawnej. Jak w większości wsi na ówczesnym Pojezierzu Drawskim prawdziwym utrapieniem było zapiaszczenie ziemi uprawnej, dlatego najbardziej dotknięte tym kawałki areału obsypywano węglem drzewnym lub obsadzano świerkami. Nieco zabawnie brzmi wzmianka zawarta w dokumencie z początku XVIII wieku, mówiąca, że dzika zwierzyna w bobrowskich lasach jest odstrzeliwana jest przez Polaków, którzy przekraczali leżącą niedaleko granicę[i].

Sto lat później bezpośrednimi właścicielami Bobrowa wraz z folwarkiem byli złocienieccy Borkowie i tak pozostało do 1846 r. W 1848 r. majątek we wsi nabył Konstantin von Knebel-Doeberitz, który poślubił Henriettę von Gruenberg z Loebnitz koło Lipska. Jej brat Hans postanowił również osiedlić się na Pomorzu i nabył leśny folwark w Wąsoszu. Los sprawił, że Hans poślubił siostrę późniejszego właściciela zamku Złocieniec, Luizę von Griesheim. W latach 1853-1855 Konstantin wybudował pałac, pięknie położony nad jeziorem Roethsee (później Ziegesee, a dziś jezioro Kozy). Na pałacowym frontonie widnieją do dziś herby Konstantina i Henrietty.

 

 

Odnalezienie kamienia z biblijną sentencją. Kamień z grobowca na dziedzińcu pałacu

 

Na północnym skraju jeziora Kozy znajdował się niegdyś grobowiec rodziny von Knebel-Doberitz. Został jednak zniszczony w latach siedemdziesiątych. Chyba przed dwoma laty, udałem się w te okolice, żeby go odszukać. Poszukiwania zakończyły się sukcesem. Następnego dnia z kilkoma przyjaciółmi wydobyliśmy nawet kamień z wyrytą biblijną sentencją:

„Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy: z nich zaś największa jest miłość."

Decyzją dyrekcji ośrodka wychowawczego kamień został ustawiony na postumencie na dziedzińcu dawnego pałacu i stanowi wyeksponowaną pamiątkę po dawnym grobowcu.

Możemy spróbować zidentyfikować osoby, które zostały pochowane w tym malowniczo położonym miejscu wiecznego spoczynku. Małżeństwo Konstantina i Henrietty w 1849 r. dotknęła tragedia - zmarł ich pięcioletni synek Hans. Dziecko to na pewno zostało pochowane w grobowcu rodzinnym nad jeziorem Kozy. W tym samym roku urodził się drugi syn Hans, a dwa lata później trzeci - Arthur. Hans był dość chorowity i w wieku dwudziestu jeden lat zmarł na chorobę płuc (1870 rok). Również on został pochowany w rodzinnym grobowcu. Załamany tą stratą ojciec umarł po dwóch latach, jednak stało się to poza rodzinnym Bobrowem. Henrietta żyła jeszcze 28 lat, gospodarząc w Bobrowie, a po śmierci została pochowana nad jeziorem Kozy. Trzeci syn Arthur służył w 7. Pułku Huzarów w Bonn i studiował gospodarkę rolną i leśną. Był również dobrym gospodarzem, gdyż dokupił majątek Siecino i obszar leśny nad jeziorem Leśniówek (popularnie Perełka). Jego życiową namiętnością było łowiectwo, które uprawiał przez całe życie. Ściany pałacu bobrowskiego były wręcz wytapetowane wszelkiego rodzaju trofeami myśliwskimi, a przy wjeździe do pałacu gości witały dwa wspaniałe posągi jeleni, które dziś możemy zobaczyć w jednostce wojskowej w Budowie. Arthur i jego małżonka Maria zmarli w podeszłym wieku w latach trzydziestych i oboje zostali pochowani w bobrowskim grobowcu.

Kiedy znajdziemy się na północnej stronie jeziora Kozy w miejscu gdzie położony był grobowiec będziemy mogli podziwiać wspaniały widok na jezioro, pałac i budynki folwarczne.

Po tym historycznym wstępie czas najwyższy opowiedzieć legendę, a w zasadzie cztery nieco zbliżone  dotyczące wsi Bobrowo, właścicieli pałacu i najbliższej okolicy:

Dzicy łowcy z Bobrowa (72)[ii]

W pobliżu wsi Bobrowo widywano nocą szalony orszak dzikich łowców, który z wielkim hukiem przesuwał się od folwarku Sułoszyn nad północnym brzegiem jeziora Wąsosze, nad Bobrowem i dalej w kierunku jeziora Wilczkowo. Pewna kobieta z Bobrowa, widząc to niecodzienne zjawisko, zamiast rzucić się z trwogą na ziemię, jak nakazała odwieczna tradycja, krzyknęła w kierunku łowców, żeby jej coś podarowali. W odpowiedzi na ziemię zleciał solidny kawał końskiej szynki.


 

Pałac w Bobrowie według XIX-wiecznej ryciny. Na pierwszym planie Roethsee (jezioro Rude dziś Kozy)

Rycerz z Falkenburga (73)[iii]

Według innych opowieści rolę dzikiego łowcy odgrywał dawniejszy właściciel zamku Falkenburg w Złocieńcu, który pojawiał się w Lesie Bobrowskim, Kaleńskim lub w Puszczy Pańskiej (bór między jeziorami Krosino i Skąpe). Był widywany między innymi przez folwarcznego stróża nocnego.

Jeździec z pałacu Dietersdorf (74)[iv]

Najbardziej związana z Bobrowem wersja legendy mówi o jednym z dawnych właścicieli pałacu w Bobrowie (Dieterdt?), który każdej nocy o 24.00 objeżdża okolice wsi na swoim brunatnym koniu. Niektórzy z przekonaniem twierdzili, że jeździec ten pozbawiony jest głowy i, co bardziej ekscytujące, potrafi przemieniać się w lisa, borsuka lub zająca.

Powóz białej damy (75)[v]

Pałac w Bobrowie ma też swą białą damę, która nocą pojawia się na koniu pośród wysokich świerków. Pałacowa pani jeździ czasem powozem zaprzężonym w cztery białe rumaki (nasuwają mi się obrazy złej królowej z filmu Opowieści z Narnii). Kiedy zjawa przekracza skrzyżowanie dróg, nie sposób przez kilka godzin przejechać przez to samo miejsce, gdyż konie każdego powozu zatrzymują się jak wryte i nie chcą się ruszyć z miejsca, natomiast powożący ludzie popadają w dziwną apatię i odrętwienie.

 

Dodajmy jeszcze, że wszystkie wymienione w drugiej legendzie kompleksy leśne należały do zamku Falkenburg, więc nic dziwnego, że właśnie tam miało pojawiać się widmo dawnego właściciela, który mógł być przedstawicielem rycerskich rodów Wedlów, Borków lub von Wolde.

W Bobrowie warto obejrzeć wspaniałe gospodarcze zabudowania, należące niegdyś do majątku ziemskiego rodziny von Knebel-Doeberitz. Na jednym z nich umiejscowione jest bocianie gniazdo. Uwagę zwraca również okazały budynek administracyjny, który wzniesiono nad jeziorem Kozy.

Jeden z budynków gospodarskich posiada na frontowej ścianie dość ciekawe zdobienia. Kiedy budowano go w 1858 r. nikt nie przypuszczał, że ozdobny kształt jednego z otworów wentylacyjnych stanie się w 1941 r. przyczyną poważnych kłopotów właściciela majątku. Otóż z pewnej odległości otwór przypomina nieco gwiazdę Dawida – symbol ruchu syjonistycznego. W połowie XIX wieku prawdopodobnie nikt w Bobrowie nie miał nawet pojęcia o istnieniu takiego symbolu. Podobieństwo było zupełnie przypadkowe. Tymczasem kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia Hasso von Knebel-Doeberitz otrzymał od miejscowego szefa NSDAP oficjalne pismo następującej treści:

„Na jednym z pańskich budynków znajduje się znak Gwiazdy Dawida. Widok Gwiazdy Dawida na budynku stojącym przy ulicy jest nieznośny dla ludności, w sytuacji kiedy prowadzimy walkę przeciw bolszewizmowi i światowemu żydostwu. Wzywamy pana do jak najszybszego usunięcia gwiazdy!”[vi].

Do tego zdumiewającego zarzutu lokalni naziści dorobili jeszcze zupełnie idiotyczne uzasadnienie, twierdząc, że żyjący w XIX w. Konstantin von Knebel-Doeberitz był masonem i dlatego kazał umieścić na oborze gwiazdę Dawida. Całą historię można by uznać za zabawny pokaz głupoty, gdyby nie fakt, ze takie zarzuty miały poważne konsekwencje w ponurych hitlerowskich czasach. Hasso von Knebel-Doeberitz musiał chyba w jakiś sposób przekonać gorliwych nazistów, że otwór nie ma nic wspólnego z symbolem gwiazdy, gdyż możemy go obejrzeć również dziś.

Wygląd wywietrznika do dziś pobudza wyobraźnię niektóry mieszkańców najbliższej okolicy, gdyż będąc w Bobrowie przekonałem się na własne uszy, że we wsi  krąży opowieść jakoby wspomniany budynek obory pełnił kiedyś rolę bożnicy. 


Ściana obory z rzekomą gwiazdą Dawida. Fot. J. Leszczełowski

 

Opuszczamy wieś Bobrowo. Jadąc szosą w kierunku Złocieńca, za pałacem mijamy dawny domek ogrodnika, w którym przed wojną mieszkał dyrektor folwarcznego tartaku. Za przejazdem kolejowym skręcamy w prawo, w leśną wyasfaltowaną drogę prowadzącą do leśniczówki (wiedzie tędy czerwony szlak rowerowy). Po lewej stronie drogi znajduje się las, który przed wojną nosił popularną nazwę Poettefichten. Gdzieś tutaj znajdowało się wzgórze, z którym związana była poniższa legenda.

Szwedzki szaniec (76)

W czasie wojny, nazwanej później trzydziestoletnią (1618-48), okolice Złocieńca były kompletnie spustoszone, a najemni żołnierze zachowywali się jak wygłodzone bestie. Wielokrotnie do miasta zaglądały szwedzkie wojska walczące przeciwko Lidze Katolickiej. W lesie Poettefichten znajdowało się wzgórze o dość regularnych kształtach. Według miejscowej tradycji miał się tu znajdować obóz szwedzkich żołnierzy, dlatego miejsce to nazywano szwedzkim szańcem. Krążyła też legenda, że było to obozowisko wojsk napoleońskich.

 

Ze szwedzkim szańcem i lasem Poettefichten wiąże się intrygująca zagadka. Zdobywając informacje o cmentarzysku kurhanowym z początków naszej ery, które znajduje się na południowy wschód od Gronowa, ku swojemu zaskoczeniu, stwierdziłem, że las w pobliżu tego obiektu okoliczna ludność również nazywała „Poettefichten”. Okazuje się, że pierwszy człon tej nazwy „Poette” oznacza kawałki starej ceramiki. Innymi słowy „Poettefichten” to las świerkowy, w którym odnajdywano resztki starożytnej ceramiki. Czy podobnie było w Bobrowie? Moim zdaniem tak. Połączenie tej nazwy z regularnym szańcem w lesie pozwala wnioskować, że w lesie na wschód od Bobrowa, znajdowała się przed wiekami siedlisko ludzkie, warte zbadania przez archeologów. 

Dziś nie wiadomo nawet, które wzgórze nazywano szwedzkim szańcem. Pomimo czerwcowej mżawki postanowiłem przeszukać po raz kolejny ten lasek. Jest tam wiele wzgórków i dość zaskakujących rowów, czy też wałów. Czy jednak wzniosła je ręka człowieka? A jeśli tak, to kiedy? Nie znalazłem jeszcze odpowiedzi. Trochę przeszukiwałem tę okolicę. Wysoka mokra trawa zniechęcała mnie coraz skuteczniej. W końcu wróciłem na drogę z niczym. Wciąż nie wiem, gdzie dokładnie położony Szwedzki Szaniec. Może jednak nie szukałem zbyt uparcie.

Poruszając się wzdłuż torów, dotrzemy do rozwidlenia leśnych dróg, gdzie skręcimy w prawo ponownie przekraczając tory kolejowe. Za torowiskiem znajduje się kolejne rozwidlenie dróg. W prawo wiedzie droga prowadząca do nieistniejącej dziś wsi Sarnia Góra. My udajemy się prosto na wschód zgodnie z oznaczeniami czerwonego szlaku rowerowego. Po kilkuset metrach znajdziemy się w pobliżu leśniczówki Lisi Domek Myśliwski, z którą związana jest bardzo ciekawa myśliwska legenda.

 


Polowanie z nagonką. Obraz J. Fałata

Ostrzeżenie (77)[vii]

Na wschód od wsi Bobrowo pośród gęstego lasu stał niegdyś Lisi Dom Myśliwski (Lux Jagdhaus), gdzie mieszkał gajowy Kluetzke. Pewnej nocy przyśnił mu się dramatyczny incydent podczas polowania na odyńca: Kluetzke postrzelił dzika, lecz ten zdołał go poważnie zranić. Tak się składało, że następnego dnia właściciel majątku w Bobrowie rzeczywiście organizował polowanie na dziki, lecz ostrzeżony we śnie gajowy postanowił pozostać w domu. Kiedy usłyszał, że polowanie dobiegło końca, ruszył do pałacu, żeby obejrzeć ubitą zwierzynę. Zdębiał nieco, gdy na jednym z wozów zobaczył wielkiego odyńca, który był identyczny z tym widzianym we śnie. Woźnica niezdarnie szamotał się z martwym zwierzęciem, usiłując zdjąć je z wozu, więc Kluetzke ruszył z pomocą. Niestety ciężki dzik obsunął się z wozu i upadł na nogę gajowego tak nieszczęśliwie, że wielką szablą zranił go boleśnie w nogę. Rana była dość głęboka, Kluetzke przez kilka tygodni nie mógł chodzić i leżał w łóżku. Później jednak wrócił do zdrowia.

 

Budynek leśniczówki Lisi Domek Myśliwski jest w dziś znakomitym stanie. Obok znajduje się też inne gospodarstwo wiejskie.

 

 

Locha z młodymi na drugim planie odyniec. Źródło: Brehm’s Tierleben, Saugtiere tom 3, Lipsk 1891 r.

 

Nieistniejąca dziś leśniczówka Sarnia Góra

 

Po wysłuchaniu tej leśnej legendy warto skusić się i wydłużyć nieco naszą wyprawę. Proponuję zrobić interesującą wycieczkę, podczas której obcować będziemy ze wspaniałą, soczystą naturą dawnych terenów łowieckich rodziny von Knebel-Doeberitz. Możemy skierować się na południe, żeby odszukać osadę Sarnia Góra (niem. Rehberg) i ruiny leśniczówki o tej samej nazwie. W miejscowości tej był niegdyś majątek ziemski i owczarnia. W XVIII wieku Sarnia Góra należała do rodziny Dieterdtów z Bobrowa.

Droga do Sarniej Góry wiedzie między licznym leśnymi wzgórzami o bardzo wysoki drzewostanie. Wrażenie robią wspaniałe świerki i sosny. W dolinkach liczne bagna. Na polanach można trafić na żurawie, a stada saren i dzików są tutaj częstym widokiem.

 



[i] P. Schwartz, Die Neumark. Jahrbuch des Vereins für Geschichte der Neumark. Neue Folgen der Schriften. Herausgegeben vom wissenschaftlichen Ausschuß. Heft 4. Die Klassifikation von 1718/19. Ein Beitrag zur Familien- und Wirtschaftsgeschichte der neumärkischen Landgemeinden, Landsberg, 1927 r. s. 126.

[ii] O. Knoop, Volkssagen. Erzaehlungen und Schwaenke aus dem Kreise Dramburg, Koszalin 1926, s. 39.

[iii] O. Knoop, Volkssagen. Erzaehlungen und Schwaenke aus dem Kreise Dramburg, Koszalin 1926, s. 39.

[iv] O. Knoop, Volkssagen. Erzaehlungen und Schwaenke aus dem Kreise Dramburg, Koszalin 1926, s. 39.

[v] O. Knoop, Volkssagen. Erzaehlungen und Schwaenke aus dem Kreise Dramburg, Koszalin 1926, s. 39.

[vi] H. v. Knebel-Doeberitz, Wspomnienia niepublikowane, s. 53. Archiwum autora.

[vii] O. Knoop, Volkssagen. Erzaehlungen und Schwaenke aus dem Kreise Dramburg, Koszalin 1926, s. 66.