Historia Pojezierza Drawskiego
Szlaki, tajemnice, ciekawostki, legendy
Start
Wędrówki
Rozmaitości
Miejscowości
Pocztówki
Archiwalia
Prezentacje
Blog regionalisty
Księga gości
Kontakt, Informacja
Stawno - Radomyśl
Sikory Komorze - cz I
Sokory Komorze - cz II
Bobrowo - Lisi Dom
Wierzchowski Młyn ...
Majówka 2010 - II część
Baraki koło Ordensburga Krosino
Majówka 2010 - III część
Majówka 2010 - IV cześć
Siemczyno - Głęboczek
Rzepowo - Piaseczno
Złocieniec - Kańsko
Kańsko-Nieszczęśliwe Bagno
Wierzchowo - Wąsosz
Leśne opowieści
W drodze do Gronowa
Gronowskie opowieści
Nad dawną granicą
Między Starym i Nowym Worowem
Wędrówka w czasie ...
1. Pamiątki I wojny św.
2. Paniątki I wojny św.
Legendy na szlakach...
Gronowskie opowieści

  Warto też odwiedzić naszą księgarnię internetową 


 


 

Trasa z Gronowo do Wierzbowego Bajora

 

Czas wyruszyć w dalszą drogę w kierunku Gronowa. Najszybciej dotrzemy do wsi udając się Drogą Garncarską w kierunku północno zachodnim. Po około kilometrze droga zbiegnie się z szosą, a nieco dalej znajduje się przepust na bezimiennym strumieniu będącym dopływem Rakoni. Strumień ten wypływa z Drzeńskich Bagien, więc chyba mogę go nazwać Drzeńskim Strumieniem.

Znajdujemy się wśród mocno pofałdowanych pól. Widoki zapierają dech w piersiach niezależnie od pory roku. Z daleka zobaczymy zabudowania wsi z wyróżniającą się sylwetką gronowskiego kościoła.

Po przebyciu dwóch kilometrów wjeżdżamy do wsi Gronowo, gdzie po prawej stronie witają nas ładne domy zbudowane z czerwonej cegły i ciosanego kamienia. Wieś powstała w XV w. i przez kilka setek lat należała do potężnej rodziny złocienieckich Borków, którzy objęli ją w posiadanie w 1519 r.

Ciekawa relacja dotyczącą stosunków gospodarczych we wsi pochodzi z 1719 r. Nie był to łatwy okres w historii Pomorza, gdyż właśnie wtedy dobiegło końca stulecie wojen, kiedy to obce wojska wielokrotnie plądrowały okolicę. Wydaje się, że pomorskie rolnictwo natrafiło wówczas na poważne bariery. Wiele ziemi leżało odłogiem z powodu zapiaszczenia lub stopniowego przeistaczania się w bagna. Przełom przyniosły dopiero szeroko zakrojone prace melioracyjne zainicjowane przez Fryderyka II w drugiej połowie tego stulecia. Trochę zaskakujący jest fakt, że w 1719 r. wieś należała do wdowy po pułkowniku von Reisewitz, czyli nie do złocienieckich Borków. Być może rodzina von Reisewitz była lennikiem bogatych arystokratów ze złocienieckiego zamku. W Gronowie mieszkało wówczas 10 chłopów, z których każdy dysponował trzema łanami ziemi (Hufen). Po jednym łanie ziemi przysługiwało natomiast młynarzowi i pasterzowi, którzy również mieszkali wtedy we wsi. Jest to więc pierwsza wzmianka o tym, że w Gronowie pracował młyn wodny. Ziemia uprawna była bardzo zapiaszczona. Możliwości hodowli i wypasu oceniano jako przeciętne. Każdy z chłopów na trzech łanach utrzymywał: 3 konie, 2 woły, 5 krów, 4 świnie, 2 kozy i 6 owiec. Chłopi mogli póki co łowić ryby w stawie młyńskim, jednak w najbliższym czasie młynarz miał zamiar tego zabronić. Kilku mieszkańców posiadało ule, a we wsi istniała karczma, która rocznie serwowała 18 beczek piwa. Wiejską świątynią opiekował się kościelny, który nie posiadał żadnej ziemi. Wieś była biedna i chłopi zaledwie mogli się wyżywić[i].  

Prawdopodobnie po śmierci wspomnianej wdowy Gronowo wróciło pod bezpośredni zarząd Borków, gdyż już w 1767 r. wymieniane jest jako część wielkiej posiadłości Georga Baltazara von Borcke i jego małżonki z domu von Kleist.

Na przełomie XVIII i XIX wieku kolejny kryzys gospodarczy zmusił właścicieli złocienieckiego majątku ziemskiego do sprzedawania kawałków swej posiadłości. Taki los spotkał między innymi folwark w Gronowie. W latach dwudziestych XIX w. udało się na szczęście przezwyciężyć kryzys agrarny i znowu wielkie posiadłości ziemskie zaczęły przynosić poważne przychody. Wtedy to w okolicach Złocieńca powstał potężny majątek spokrewnionej z Borkami rodziny von Knebel-Doeberitz. Początkowo ród ten posiadał jedynie majątki w Darskowie i Dalewie zakupione w latach 1771 i 1777 od Borków ze Złocieńca. W 1824 r. żona Ludwika von Knebel-Doeberitz odziedziczyła po zmarłym Filipie von Borcke trzy kolejne majątki: w Gronowie, Chlebowie i Siecinie. Czternaście lat później wspomniany Ludwik nabył dodatkowo majątek w Suliszewie, a w 1846 r. syn Ludwika Constanstin nabył od właściciela złocienieckiego zamku Bernharda von Mellenthina majątek w Bobrowie, Syn Constantina Artur dokupił jeszcze folwark Streblow między Złocieńcem a Osiekiem. Ponadto drogą dziedziczenia w skład rodzinnych włości wszedł w 1887 r. Gawroniec[ii]. 

 

 

Osiemnastowieczny kościół w Gronowie. Fot. M. i J. Leszczełowscy

 

Wróćmy jednak do Gronowa, które wraz z Bobrowem należało do Constantina von Knebel-Doeberitz. Te dwa majątki stanowić będą jeden organizm gospodarczy aż do 1945 r. Historia posiadłości Gronowo-Bobrowo doskonale ilustruje tradycyjne pryncypia, jakie przez dziesiątki lat przestrzegane były przez rodzinę von Knebel-Doeberitz. Tradycja nakazywała, aby unikać wyprzedaży w obce ręce odziedziczonych po rodzicach dóbr lub dokonywania ich nadmiernych podziałów. Niepisane zasady mówiły ponadto, że jeśli ktoś z potomków nie poczuwał w sobie powołania do rolnictwa, winien powierzyć swoje włości krewniakowi, który takie talenty posiadał. W zamian za to członkowie rodziny, którzy zarządzali wielkim majątkiem ziemskim, zobowiązani byli oferować w każdym czasie spokojną przystań i utrzymanie wszystkim tym krewniakom, którym nie powiodła się kariera lub działalność pozarolnicza[iii]. W zgodzie z powyższą tradycją będący w podeszłym wieku Artur syn Constantina zdecydował się przekazać w zarządzanie majątek bobrowski swojemu krewniakowi z Suliszewa Hasso von Knebel-Doeberitz. Ten ostatni zakupił też od Artura Gronowo.


 

Staw Młyński lub Kuźniczy w Gronowie. Po prawej: ruiny dawnej elektrowni. Fot. J. Leszczełowski

 

Jak wspomniano powyżej, w dokumentach z 1719 r. znajduje się wzmianka o kościelnym, który opiekował się wiejską świątynią. Szachulcowy budynek kościóła ze strzelistą drewnianą wieżą został wzniesiony w 1703 r. Osiemnastowieczny budynek zachował się do dziś, ale jego stan budzi poważne obawy. Lokalna społeczność podjęła energiczne działania, żeby pozyskać środki na remont. Wieża posiada konstrukcję słupową zamkniętą trójkondygnacyjnym hełmem o kształcie piramidalno-cebulastym. Wnętrze dość skromne z barokową amboną, chrzcielnicą i dziewiętnastowiecznym neogotyckim ołtarzem. Najcenniejszą pamiątką historyczną jest szesnastowieczny dzwon, który został przeniesiony ze starszej budowli.

Nieco zaskakujący jest widok pary drzwi we wschodniej ścianie kościoła. Okazuje się, że jedne służyły pastorowi a drugie prowadziły do niewielkiego balkonu wznoszącego się nad ołtarzem. Były tam honorowe miejsca dla patronów kościoła, czyli właścicieli miejscowego majątku ziemskiego. Patronat obejmował min. obowiązek opieki nad świątynią i łożeniu pieniędzy na jej remonty. W zamian za to patron korzystał z pewnych przywilejów jak np. honorowe miejsce na balkonie lub po śmierci dostąpienie zaszczytu pochówku w kościelnej krypcie. Oczywiście wcześniej patroni musieli sfinansować budowę takiego balkonu lub krypty. 

W środku wsi znajduje się most na rzece Rakoni (niem. Krebs Fliess), w sąsiedztwie którego pracowała przed wojną mała elektrownia zasilająca dawny pałac właścicieli ziemskich w energię elektryczną. Gronowski pałac był wcześniej oświetlany lampami naftowymi. Dziś możemy zobaczyć jedynie spiętrzony staw po prawej stronie mostu i ruiny dawnej turbiny po lewej. Wcześniej w tym miejscu obracały się koła młyna wodnego, który wspomniany został w 1719 r. Siła prądu wodnego Rakoni była w pewnym okresie wykorzystywana do poruszania młota kuźniczego (niem. Hammermuehle), gdyż do 1945 r. staw ten nosił nazwę Kuźniczego.

 

 

Herb rodziny von Knebel-Doeberitz i ruiny pałacu. Fot. A. i B. v. Knebel-Doeberitz

 

Zbudowany z płyt glinianych pałac w Gronowie. Budynek został zniszczony na początku lat sześćdziesiątych

 

Siedziba bobrowsko-growskiej posiadłości ziemskiej znajdowała się w bobrowskim pałacu, w którym mieszkał Artur z małżonką. W latach 1923-24 Hasso von Knebel-Doeberitz wybudował dla swojej rodziny nowy pałac w Gronowie. Nie było to zadanie łatwe, gdyż do Gronowa wiodła wtedy jedynie ośmiokilometrowa piaszczysta droga ze Złocieńca. O transporcie cegieł z miasta nie mogło być więc mowy, poza tym panował kryzys i trudno było o węgiel niezbędny do ich wypalania Rozległy pałac powstał więc płyt glinianych wytwarzanych na miejscu. Efekt był według Hassona von Knebel-Doeberitz doskonały. Budowla miała znakomite właściwości, latem oferowała chłód, a zimą ciepło.         

Waldtraut Treilles w znakomity sposób opisała dawny wygląd i atmosferę w pałacu:

„Dom mojego dzieciństwa był cały biały, zbudowano go z glinianych kamieni, co stanowiło wówczas absolutną nowość […]. Dom miał dwadzieścia sześć pokoi, do tego kuchnie i spiżarnie. W jednej przechowywano wina, w drugiej warzywa w trzeciej mięsa wędzone i peklowane w tym całe dziki, które były wędzone dymem z płonącego drewna brzozowego lub jałowcowego. Następnie był tam jeszcze wielki strych ze starymi kuframi, gdzie bawiliśmy się w chowanego”[iv]

Przerwijmy na chwilę opowieść córki właściciela pałacu, żeby opowiedzieć zapamiętaną przez nią pierwszą pałacową legendę:

Śmierć panny młodej (4)

Dzieci w pałacu w Gronowie bawiły się na strychu w chowanego, aż do dnia, kiedy kucharka Hedwig opowiedziała im pewne zdarzenie z przeszłości. Przed wielu laty w pałacu trwało wielkie wesele. Szczęśliwa panna młoda zaproponowała zabawę w chowanego. Ubrana w swoją piękną białą suknię ślubną pobiegła na strych, gdzie ukryła się w starym kufrze podróżnym. Niestety wieko zatrzasnęło się i nieszczęsna dziewczyna nie mogła go otworzyć od środka. Nikt nie mógł jej odnaleźć i panna młoda udusiła się w kufrze w dzień swojego ślubu. Rodzina i goście weselni byli zdumieni i zrozpaczeni nagłym jej zniknięciem, ale rozpaczliwe poszukiwania nie przyniosły rezultatu. Dopiero po czterdziestu latach przypadkiem otworzono kufer, gdzie znajdował się szkielet dziewczyny ubrany w zniszczoną przez mole suknię ślubną.

 

Wprawdzie pałac był całkiem nowy i miał zaledwie kilka lat, ale to nie przeszkadzało powstawaniu ciekawej, choć dość makabrycznej legendy.

Z opowieści Waldtraut Treilles możemy dowiedzieć się wiele o pałacowych wnętrzach. W salonie znajdował się wielki kominek, w którym grube bukowe polano paliło się przez blisko dwadzieścia cztery godziny. W pokoju muzycznym stał sekretarzyk w stylu ludwika, napędzany korbą patefon ze zbiorem płyt, rokokowy zegar z wahadłem, lustro w stylu empire i fortepian Bechsteina. W salonie damskim stały mahoniowe kredensy na naczynia, w których znajdowały się rzadkie okazy miśnieńskiej porcelany, japońskie figurki i żołnierzyki cynowe. Na sofie leżała narzuta z lisich futer, przy czym wszystkie lisy upolował osobiście właściciel majątku Hasso von Knebel-Doeberitz w okolicznych lasach. Obok był męski pokój i biuro gdzie prowadzone były księgi majątkowe. Pomieszczenie to było wypełnione segregatorami i aktami. Znajdował się tam wielki piec z pruskich niebieskich kafli. W pałacowej jadalni stała wielka czarna szafa, gdzie spoczywały srebrne sztućce. Każda sztuka ozdobiona była rodowym herbem. W tej szafie znajdował się też komplet drogocennej miśnieńskiej porcelany, ozdobna srebrna maselnica i klosz na sery. Znajdował się tam także wspaniały rosyjski samowar, za pomocą którego serwowano popołudniową herbatę. Nowinką techniczną była winda, która łączyła jadalnię z kuchnią i za pomocą której przewożono gorące posiłki. W jednym z przedpokoi stała wielka szafa na wazy, której wszystkie półki wypełnione były amforami, misami oraz rożnej maści wazami. Klatka schodowa ozdobiona była miniaturami. Te rysunki przedstawiały mundury wszystkich pruskich formacji wojskowych od czasów Fryderyka Wielkiego do I wojny światowej. Naszkicował je jeden z krewnych. W garderobie wisiał natomiast sztych przedstawiający śmierć holenderskiego przodka rodziny, który został spalony żywcem za to, że nie chciał odstąpić od swej protestanckiej wiary[v]. Ponadto w domu znajdowały się jeszcze sypialnie, pokój dziecinny i szkolny z czarną tablicą, pokoje guwernantki i sekretarki. Zanim powstała elektrownia na Strumieniu Rakon zadaniem jednego ze służących było czyszczenie i zapalenie 25 lamp naftowych, które następnie roznosił do izb, gdzie znajdowali się ludzie. Waldtraut Treilles wspomina:

„One były piękne i swojskie, te lampy z ich pękatymi brzuchami z błękitnego, morsko-zielonego lub mleczno-białego szkła lub z porcelany. Ich delikatne szklane cylindry, migotające płomienie, które rzucały błękitnawe cienie, które jak eteryczne dusze tańcowały wokół ziemskich ciał”[vi].

W jadalni wisiał naturalnej wielkości portret matki właściciela majątku Heleny von Knebel-Doeberitz (ur. von Kramsta), która surowo spoglądała na spożywającą posiłek rodzinę swoich potomków. Helena pod koniec swojego życia przeprowadziła się z Suliszewa do Gronowa i tam zmarła w 1928 r. Pochowana została natomiast w rodzinnym grobowcu w pałacowym parku w Suliszewie. Z jej osobą związana jest pewna legenda. 

Legenda o czarnej damie (5)

Pewnego dnia podczas posiłku obraz przedstawiający odzianą w czarne szaty Helenę von Knebel-Doeberitz runął z hukiem na ziemię. Rozpadły się ciężkie pozłacane ramy. Kiedy domownicy sprawdzali, co było przyczyną upadku obrazu, ze zdumieniem stwierdzili, że hak na którym wisiał obraz jest zupełnie nienaruszony. Obraz spadł ze ściany w sposób zupełnie niezrozumiały dla wszystkich obecnych. Po chwili zorientowano się, że stało się to dokładnie w rocznicę śmierci Heleny. Tego dnia po raz pierwszy od wielu lat właściciel pałacu zapomniał złożyć kwiatów na grobie swojej matki w Suliszewie[vii]. 

Po raz drugi dama w czerni przypomniała o sobie w 1945 r. W pałacu mieszkała przez wiele tygodni grupa sowieckich żołnierzy, którzy zachowywali się w sposób wyjątkowo dziki. Dla zabawy zamęczyli psa dawnych właścicieli a pałac zamienili w chlew, strasznie dewastując całe jego wyposażenie. Podobno obrane ziemniaki myli w muszli klozetowej. Kiedy jednak pociągnęli za łańcuch dźwigni i ziemniaki zniknęły spłukane w rury kanalizacyjne, żołdacy rozbili muszlę uderzeniami karabinowych kolb, wołając, że diabelska maszyna pozbawiła ich jedzenia. Rosjanie opuszczając Gronowo z czystej chęci niszczenia podpalili pałac, który spłonął doszczętnie do samych fundamentów. Gronowscy chłopi zaklinali się, że przez trzy dni po tragedii pogorzelisko przemierzała dostojna postać starej kobiety w czarnych szatach. Nosiła ona czarny welon na znak żałoby. Starsi mieszkańcy wsi byli przekonani, że była to zmarła w pałacu przed kilkunastu laty matka właściciela, Helena von Knebel-Doeberitz. 

 

Okazuje się, że informacja o całkowitym spaleniu pałacu w 1945 r. jest nieprawdziwa. Budynek był po wojnie użytkowany przez PGR, a zniszczony został dopiero na początku lat sześćdziesiątych.
 Helena von Knebel-Doeberitz nosiła czarny ubiór, gdyż owdowiała już w wieku 44 lat. Dzielna kobieta wychowała trzech synów. Lecz życie jej nie oszczędzało. Najstarszy syn zginął tragicznie zastrzelony przez kłusowników, a młodszy swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem doprowadził do upadku majątek ziemski w Suliszewie. Opowiem o tym szczegółowo, kiedy odwiedzimy tę miejscowość. 

Opuszczamy teraz Gronowo jadąc wąską szosą asfaltową w kierunku Ostrowic. Kilkadziesiąt metrów za ostatnimi zabudowaniami wsi skręcamy w lewo, w drogę gruntową, która doprowadzi nas do starego cmentarza ewangelickiego i niewielkiego obszaru bagiennego, który cieszył się niegdyś bardzo złą sławą. Na przedwojennych mapach miejsce to nosi nazwę Bagna Spotkań (niem. Triftmoese) Opowiadając legendy związane z Bagnem Spotkań znowu sięgnę do wspomnień Waldtraud Treilles (z domu von Knebel-Doeberitz), która w interesujący sposób opisywała to miejsce, używając jednak drugiej jego nazwy: Wierzbowe Bajoro[viii].

 


Puszczyk, akwarela A. Duerera, 1508 r.

 

Wierzbowe Bajoro (6)

W lasach otaczających Gronowo znajduje się niewielkie bajorko, na brzegami którego rosną rozłożyste wierzby. Dawni mieszkańcy wsi nazywali je Weidentuempel, czyli Wierzbowe Bajoro. Nikt nie ważył się zapuszczać w tę okolicę nocą, gdyż starsi mieszkańcy opowiadali o zdradzieckich błędnych ognikach (irrlisztach), które wciągały ludzi w bagna. Wierzbowe Bajoro miało być miejscem spotkań duchów i upiorów (stąd druga nazwa Bagno Spot-kań). Nad jego brzegami często słychać było głośne kumkanie żab i złowrogie pohukiwania puchaczy, które powodowało, że ludziom cierpła skóra ze strachu.

 

Nad brzegami tego bajorka autorka wspomnień przeżyła pewną romantyczną, aczkolwiek niebezpieczną przygodę. Córka właściciela majątku szlifowała swoją znajomość francuskiego, biorąc lekcje u młodego jeńca wojennego Paula, który przed wojną był studentem. Wkrótce Waldtraut zakochała się z wzajemnością we francuskim korepetytorze. Pewnego dnia Paul postanowił uciec do swojej ojczyzny i zwierzył się z tego zamiaru swojej ukochanej. Dziewczyna nie zważając na niebezpieczeństwa, zgromadziła zapasy żywności i zdobyła dla niego ubranie cywilne. Przyłapana na takiej pomocy mogłaby wylądować nawet w obozie koncentracyjnym. Był to czas, kiedy wszędzie kwitło donosicielstwo, więc młodzi umówili się nocą na ostatnie spotkanie przy Wierzbowym Bajorze. Znając legendę o tym miejscu, byli pewni, że nikt z mieszkańców wsi nie zapuści się tam późną porą. Pomysł okazał się dobry i nikt nie dowiedział się o pomocy jakiej udzieliła uciekinierowi córka właściciela majątku. Paul został złapany dopiero na granicy niemiecko-francuskiej i nigdy już nie wrócił do Gronowa[ix].

We wsi rozpowszechnił się też inny przesąd związany z lasem w pobliżu cmentarza.

Złowieszczy okrzyk puszczyka (4)

W pomorskich lasach żyje gatunek sowy nazywany puszczykiem. Nie jest to ptak, którego łatwo wypatrzyć wśród gęstych koron drzew. Wielu dawnych gronowian wierzyło, że okrzyk tego ptaka zwiastuje śmierć we wsi.

 

Stary niemiecki cmentarz w Gronowie leży na uboczu i jest dość dobrze ukryty przed ludzkim okiem. To położenie uchroniło go przed działalnością wandali, którzy jak szarańcza rabują stare cmentarze dla zdobycia złomu. Miejsce to wydaje się być opuszczone i stanowi dyskretny ślad świata, który odszedł przed dziesiątkami lat. Powalone niegdyś krzyże i nagrobki porasta dziś mech. Wśród mogił odnaleźć można grób młodej kobiety, na którym czyjeś ręce układają świeże kwiaty i zapalają znicze. Kobieta miała zaledwie 24 lata i była młodą matką, kiedy spotkała ją brutalna śmierć. 12 marca 1945 roku zaledwie siedem dni po jej 24-tych urodzinach kobieta została zgwałcona i zamordowana przez demony w sowieckich mundurach, które od kilku dni terroryzowały zdobytą wieś, siejąc śmierć i spustoszenie.

Atmosfera zagubionego w lesie cmentarzyka, widok grobu niewinnej ofiary bestialstwa oraz będące w mojej dyspozycji relacje dotyczące ostatnich dni niemieckiego Gross Gruenow skłaniają mnie do wniosku, że jest to dobre miejsce, żeby opowiedzieć obszerniej o marcowych dniach 1945 r. Zanim jednak dokładniej opowiem o okropnościach, które spotkały niemieckich mieszkańców wsi pragnę cofnąć jeszcze kilka lat wstecz, by nie pozbawiać marca 1945 r. właściwego kontekstu.

25 kwietnia 1936 r. do pobliskiego Złocieńca przyjechał Hitler. Miasto było ustrojone wyjątkowo świąteczne, a liczne flagi ze swastykami konkurowały o prymat z girlandami oraz wielkimi bukietami kwiatów. Ludność miasteczka i całej okolicy entuzjastycznie witała wodza, niemal wszyscy ochoczo wyciągali prawe ramię do przodu. Podczas wyborów większość ludności powiatu drawskiego oddawała głosy na partię nazistowską. NSDAP osiągnęła w tym rejonie najlepszy wynik w całych Niemczech (!). Wbrew dzisiejszym stwierdzeniom urokowi zwycięskiego wodza nie oparły się również rodziny ziemiańskie. Zdjęcie fuehrera wisiało na honorowym miejscu w gronowskim pałacu aż do 20 lipca 1944 r., kiedy naziści aresztowali na krótko Hassona von Knebel-Doeberitz i usunęli go z NSDAP. Waldtraut Treilles wspomina też butną defiladę, którą zorganizowano latem 1939 r. w Falkenburgu (dziś Złocieniec). Przez ulice toczyły się czołgi, na których siedzieli roześmiani żołnierze w stalowych hełmach. Mieszkańcy tłumnie wylegli na ulice, a dziewczęta rzucały na pancerne pojazdy bukiety kwiatów. Wszędzie unosiły się entuzjazm i wojownicze podniecenie. Wreszcie ktoś utrze nosa tym bezczelnym Polakom, którzy w 1918 r. ośmielili się wyciągnąć swoje łapy po „odwiecznie niemieckie” Wielkopolskę, Pomorze i Śląsk.

 


Drewniane krzyże przybite do drzew wskazują drogę do starego cmentarza

 

Kiedy zbrojne szeregi Wehrmachtu uderzyły na Polskę w Gronowie zjawiła się kilkuosobowa komisja, której zadaniem było zarekwirowanie na potrzeby wojenne koni i psów wyższych niż 70 cm. Te ostatnie używane były podobno do torowania drogi przez przeciwpiechotne pola minowe. Biedne zwierzęta czekała straszliwa śmierć, zadawana przez polskie miny. Utrata koni była dla gronowskich chłopów poważnym utrudnieniem, ale narzekania ginęły w powszechnym entuzjazmie. Po zwycięstwie nad Polską we wsi pojawiły się liczne polskie rodziny, których członkowie pracowali jako robotnicy przymusowi w majątku ziemskim i chłopskich zagrodach. Pracowali tam również polscy i francuscy jeńcy wojennymi. Sposób ich traktowania był zależny od cech charakteru gospodarza, ale spoufalanie się z Polakami podlegało surowym karom.

W sposób charakterystyczny dla sytuacji w państwach totalitarnych wśród ludności kwitło donosicielstwo i panował powszechny strach. Ludzie ukrywali swoje prawdziwe poglądy, a przyjaźnie nastawieni do polskich robotników Niemcy narażali się na poważne kłopoty. Donosy dotyczące rzekomego „faworyzowania” Polaków dotknęły nawet właściciela majątku majora Hassona von Knebel-Doeberitz.

Przed wojną każdego tygodnia do wsi wjeżdżał żydowski handlarz Cohen, oferując mieszkańcom sprzedaż garnków, materiałów, ołówków, zeszytów i różnokolorowych cukierków. Na święta Bożego Narodzenia przywoził kalendarze adwentowe, a na Wielkanoc sprzedawał pyszną czekoladę. Przyjazd Cohena był dla wiejskich dzieci nie lada atrakcją i zaburzał nudną monotonię codziennego trudu. Handlarz był powszechnie lubiany, jednak w 1939 r. przestał się nagle pojawiać. Można łatwo zgadnąć, co się z nim stało. Czy wzbudziło to czyjąś refleksję[x]?

 


Okolice Gronowa. Fot. J. Leszczełowski

 

Ludzie podzielili się na fanatyków oddanych sprawie wodza i partii oraz na zastraszonych sceptyków. Czynnej walki z nazizmem nie podejmował właściwie nikt, zwłaszcza wtedy kiedy Wehrmacht odnosił zwycięstwa jedno za drugim. Po ataku na sowiecką Rosję i nowym zwycięskim marszu Wehrmachtu na wschód w majątku bobrowsko-gronowskim pojawili się rosyjscy jeńcy wojenni. Przy żniwach uwijała się też dość liczna grupa rosyjskich dzieci, które zostały siłą odebrane rodzicom i zmuszone do niewolniczej pracy. Ponieważ wszystkie te dzieci miały tzw. aryjski wygląd, ich losem miała być późniejsza germanizacja[xi].

Tempo niemieckiej ofensywy na wschodzie słabło, a sowiecka obrona krzepła. Zbliżała się rosyjska zima, a z dalekiej Syberii ciągnęły na wschód coraz to nowe dywizje, których żołnierzom nie były straszne żadne mrozy. W Gronowie i innych miejscowościach przeprowadzono obowiązkową zbiórkę nart biegowych i ciepłych kurtki[xii]. Był to wyraźny sygnał, że tym razem wojna potrwa dłużej.

Nadszedł czas wielkich klęsk, a do wiejskich chat coraz częściej pukali smutni mężczyźni z wiadomością dla gospodyń, że właśnie stały się wdowami lub że już nigdy nie zobaczą swoich synów[xiii]. To był jednak dopiero początek nieszczęść.

1 marca 1945 r. ruszyła ofensywa sowiecka, która miała doprowadzić do opanowania całego Pomorza. Huk artylerii dochodzący z niezbyt oddalonego frontu nie był dla mieszkańców wsi niczym szczególnym. Dużo bardziej zaskakujące było zdarzenie, które miało miejsce tego dnia. W kierunku północno zachodnim przez wieś przegnano ogromne stado bydła: 300 krów i blisko 1000 owiec. Masa zwierząt wypełniła wkrótce każdy zakątek Gronowa. Pastuchów było za mało i panował ogromny chaos. Trzy krowy wpadły do Stawu Kuźniczego i natychmiast utonęły[xiv]. To pędzenie wielkich stad bydła w toku ucieczki przed wrogiem, przynosi na myśl obrazy z początków naszej ery, kiedy doszło do wielkich wędrówek całych plemion. Wkrótce miało dojść do nowej, nie mniej tragicznej, odmiany współczesnej wędrówki ludów.

Po  zwierzętach uciekać mieli ludzie. We wszystkich wsiach, miasteczkach, osadach i folwarkach sformowano długie zaprzęgi ewakuacyjne, którym pozwolono jednak wyjechać zbyt późno, by mogły uciec nacierającym wojskom. Tabory ruszyły na wąskie drogi, całkowicie je blokując.

Gronowo otrzymało nakaz ewakuacji dopiero 2 marca 1945 r. Jednak ze względu na brak furmanów i inne problemy transport ruszył dopiero następnego dnia o świcie. Wozy jechały przez Ostrowice i Gawroniec, gdzie dołączył do nich transport ze Słowianek. Od Gawrońca droga w kierunku Świdwina była jednak kompletnie zatarasowana uciekinierami i podróż do Nowego Reska trwała wiele godzin. Wtedy stało się jasne, że sowieckie oddziały zamknęły już w Świdwinie drogę ucieczki. Transport ruszył z powrotem do Ostrowic, gdzie oddziały X Korpusu SS szykowały się do przebicia kotła. Gdyby się to udało za wojskiem mogłyby ruszyć zaprzęgi z uciekinierami. Prowadzący gronowski transport Hasso von Knebel-Doeberitz dowiedział się jednak od dowódcy 168 DP, że żołnierze zamierzają zostawić wszystkie wozy i ciężki sprzęt, aby przebijać się z karabinami i pistoletami maszynowymi w rękach. To oznaczało, że szansy na przejście cywilnego transportu nie będzie. Gronowski zaprzęgi dotarły w okolice Przytonia, gdzie znajdował się również transport ewakuacyjny z folwarku w Osieku. Po kilku godzinach pojawiły się oddziały 1 i 2 Dywizji Wojska Polskiego. Żołnierze dokonali rewizji, rabując przy okazji wszelkie wartościowe przedmioty, zwłaszcza biżuterię. Hasso von Knebel-Doeberitz, został aresztowany i również okradziony. Zabrano mu nawet buty i spodnie jeździeckie.

Słyszę już głosy oburzenia, że śmiem twierdzić, że polscy żołnierze okradali niemieckich cywilów. Znam jednak wiele relacji potwierdzających tego rodzaju zdarzenia i nie chcę ukrywać tych faktów. Okazuje się, że pewne zjawiska wojenne od setek lat są ciągle w niezmienionej formie. W czasie II wojny światowej wielu żołnierzy różnych armii nadal dostrzegało okazję dorobienia się kosztem ludności cywilnej zajmowanych terenów. Nie oznacza to jednak, że każdy żołnierz okazywał się złodziejem. Rzetelny badacz historii powinien każdy przypadek analizować osobno i nie formułować pochopnie uogólniających tez. Moim zdaniem, czyny każdego człowieka, wystawiają jemu właśnie świadectwo. Ludzie różnią się bardzo między sobą i nie można oceniać ich jedną miarą.  



Gronowskie krajobrazy

Transport gronowski wrócił ostatecznie do swojej rodzinnej wsi, gdzie wkrótce dotarł również jakiś oddział sowieckich żołnierzy. Słysząc o zbliżaniu się Rosjan, mieszkańcy wsi skryli się początkowo w lesie, ale widząc, że żołnierze zakwaterowali się w pałacu i nie mieli zamiaru opuszczać Gronowa, chłopi zaczęli stopniowo powracać do swych chałup.

Grupa sowieckich żołdaków mieszkających w pałacu okazała się wyjątkowo rozbisurmaniona. Może powodował to intensywnie degustowany alkohol, a może byli to z gruntu źli i zdemoralizowani ludzie. Czy wypicie kilku szklanek alkoholu robi ze zwykłego człowieka gwałciciela i mordercę? Nie sądzę. A może ten człowiek nosi w sobie zalążki straszliwego zła, które rozwijają się gwałtownie, gdy natrafią na podatny grunt bezkarności. Żołnierzom dano do ręki broń i oddano na ich łaskę bezbronną wieś pełną kobiet. Czasem okazuje się, że pod żołnierskim mundurem skrył się zwykły bandyta, który zamienił życie gronowskich włościan w prawdziwe piekło.

Do 1945 r. w pałacu Gronowskim mieszkały dwie ziemianki, pochodzące z nadbałtyckiej części Rosji: ciotka i siostrzenica. Obie kobiety musiały uciekać ze swej ojczyzny po wybuchu rewolucji.  Młodsza z nich kulała na prawą nogę, gdyż w Rosji czerwonoarmista uderzył tę burżujkę kolbą karabinu w biodro. Drugie jej spotkanie żołnierzami ojczyzny proletariatu nastąpiło w marcu 1945 r. w Gronowie. Demony w sowieckich mundurach rzuciły się na nieszczęsną kobietę. Dwudziestu krasnoarmiejców zgwałciło ją po kolei. Umierającą siostrzenicę zabiła stara ciotka, po czym sama otworzyła sobie żyły[xv].

 


Grób zamordowanej młodej Niemki

 

W tym czasie gwałt upodlenie i straszna śmierć spotkała też kobietę, której grób ozdobiony kwiatami można zobaczyć do dziś na starym cmentarzyku. Gwałty na bezbronnych niemieckich kobietach dokonywane przez żołnierzy Armii Czerwonej miały masowy charakter. Były wypadki gwałcenia nawet staruszek i małych dziewczynek. Nic nie usprawiedliwia takich zbrodni, a ich skala stanowi makabryczny ewenement w dziejach ludzkości. Masowy charakter gwałtów pozwala wyciągnąć wniosek, że w sowieckiej armii było przyzwolenie na tego rodzaju zachowania. Gdyby sprawcy byli surowo karani, na pewno zjawisko to zostałoby poważnie ograniczone. Wielu Niemców jest do dziś przekonanych, że do gwałcenia niemieckich kobiet zachęcał w oficjalnych ulotkach radziecki pisarz Ilia Ehreburg, który miał napisać: „Złamcie siłą dumę rasową germańskiej kobiety. Bierzcie je jako zdobycz!”. Występują zresztą różne wersje tej rzekomej wypowiedzi. Piszę rzekomej, bo jest wysoce prawdopodobne, że w rzeczywistości jest ona wytworem hitlerowskiej propagandy.

O wyczynach sowieckich żołnierzy w Gronowie zachowały się liczne relacje. Pewnego dnia grupa kompletnie pijanych sołdatów zapędziła uderzeniami kolb karabinowych starsze małżeństwo do Stawu Kuźniczego. Staruszkowie stali długo po szyję w lodowatej wodzie wśród radosnego wycia i okrzyków oprawców. W końcu wycieńczeni oboje utonęli[xvi]. Żołdacy nie pozostawili w spokoju kobiet i dziewcząt. Oto relacja spisana przez Waldtraut Treilles:

„- Co się stało z dziewczynkami, z którymi bawiłam się jako dziecko? Lisbeth, Marysia, Christel i kulawą Katrin? – zapytałam.

– Oj Helena niech Pani nawet nie pyta o to! O takich rzeczach nie można opowiadać. Nawet jeśli usmarowały twarze sadzą i wdziały ubrania starych kobiet, nic im to nie pomogło. Na koniec wszystkie zostały popędzone do obozu pracy za Ural, żeby odpracować niemieckie zbrodnie.

Dużo później usłyszałam, że wróciła stamtąd jedynie Lisbeth. Była jednak fizycznie i psychicznie zniszczona. Wszystkie pozostałe zmarły na tyfus lub z głodu i wyczerpania”[xvii].

Mroczna banda systematycznie dewastowała pałac i jego wyposażenie. Porąbano wszystkie meble i portrety przodków. Do radioodbiornika pijani żołnierze strzelali z pistoletów automatycznych, krzycząc „Kapitalist!”. Spali na parkiecie zawinięci w zniszczone perskie dywany. W pokojach urządzili coś w rodzaju obozowiska, rozpalając ogień wszędzie i gotując na nim jedzenie. Fortepian został wyciągnięty na podwórze, a kompletnie pijany żołdak zabrał się do gry wśród dzikich wrzasków swoich podchmielonych towarzyszy. Splądrowano też chłopskie gospodarstwa, zabierając wszystkie cenniejsze przedmioty. Ta wszystkie sceny układały się w jakąś makabryczną groteskę[xviii].

Rosjanie opuszczając Gronowo mieli, według relacji zapamiętanych przez Waldtraut Treilles, podpalić pałac. Pożar miał trwać cztery dni i budynek miał zostać kompletnie zniszczony[xix]. To wtedy właśnie widywano na gruzach ducha czarnej damy. Piękna legenda, ale w rzeczywistości pałac wcale nie został spalony, lecz użytkowany był aż do końca lat piećdziesiątych przez miejscowy PGR, dopiero wtedy uległ kompletnej dewastacji.



[i] P. Schwartz, Die Neumark. Jahrbuch des Vereins für Geschichte der Neumark. Neue Folgen der Schriften. Herausgegeben vom wissenschaftlichen Ausschuß. Heft 4. Die Klassifikation von 1718/19. Ein Beitrag zur Familien- und Wirtschaftsgeschichte der neumärkischen Landgemeinden, Landsberg, 1927 r. s. 125.

 

[iii] H. Waetjen, Geschichte des Geschlechtes von Knebel Doeberitz, Braunschweig 1966r., s. 49.

[v] Tamże, s. 20-23

[vi] Tamże, s. 26.

[vii] Tamże, s.28.

[viii] W. H. Treilles, Das Leben ist ein Chamaeleon. Vom Schloss im Schnee zum Palmenstrand, Magdeburg 2009, s. 77.

[ix] Tamże, s. 77-80.

[x] W. H. Treilles, Das Leben ist ein Chamaeleon. Vom Schloss im Schnee zum Palmenstrand, Magdeburg 2009, s. 57-58.

[xi] W. H. Treilles, Das Leben ist ein Chamaeleon. Vom Schloss im Schnee zum Palmenstrand, Magdeburg 2009, s. 92.

[xii] W. H. Treilles, Das Leben ist ein Chamaeleon. Vom Schloss im Schnee zum Palmenstrand, Magdeburg 2009, s. 149.

[xiii] Tamże, 130.

[xiv] H. v. Knebel-Doeberitz, pommernoriginale. Zuhause und unterwegs, 2002, s. 269.

[xv] W. H. Treilles, Das Leben ist ein Chamaeleon. Vom Schloss im Schnee zum Palmenstrand, Magdeburg 2009, s. 297.

[xvi] Tamże, s. 299.

[xvii] Tamże, s. 306.

[xviii] Tamże, s. 304-305.

[xix] Tamże, s. 305.